Czarny koń na łące

Zebrał: Michał Chomiuk

Jasiek, Edek, Krzycho i Stach wracali nocą z kawalerki. Noc była spokojna, księżycowa i bardzo miła. Chłopakom było wesoło i grało im w duszach.

Młodość, którą przeżywali dawała im tyle satysfakcji i zadowolenia, tyle niezapomnianych wrażeń i emocji... Dziewczyny ich były ładne i miłe, a swoich wybranków darzyły szczerym, młodzieńczym uczuciem. Tak więc, ciekawie im się żyło.

Zdolni, pracowici, zuchy prawdziwe. Idą, podśpiewują, żartują, a księżyc na nich z góry spogląda i oświetla im drogę. Aby dojść do swojej wioski musieli przejść przez szerokie, podmokłe łąki rozciągające się na znacznej przestrzeni pomiędzy lasem a polami.

Łąki te były wielce bagniste, obfitujące w przeróżne niespodzianki, które przy braku ostrożności mogły doprowadzić do tragedii. Chłopaki jednak bardzo dobrze znali te łąki i niestraszne im były bagna, ani topielce. Dziesiątki razy, w dzień, czy w nocy przemierzali je niestrudzenie, odwiedzając dziewuchy, czy po prostu uczestnicząc w corocznych sianokosach.

księżycowa nocWiedzieli dlatego bardzo dobrze, którędy przejść można, a którego przejścia należy unikać, gdzie kończy się bezpieczny teren, a zaczynają zdradliwe mokradła. W żaden sposób nie mogliby się zgubić.

Idą tak, i idą, i doszliby zaraz, tak, że w zasadzie niczym by się to ich przejście nie różniło od dziesiątek innych przejść. Nie byłoby tu bardzo i o czym pisać, gdyby nie jedna rzecz. Otóż stało się tak, że chłopaki, na oświetlonej blaskiem miesiąca, trawiastej powierzchni zobaczyli pasącego się konia, który do złudzenia wyglądał, jak chabet ich sąsiada Antoniego.

Popatrzyli, podumali i postanowili, że konia trza złapać i zaprowadzić gospodarzowi, bo to więcej jak pewne, że uciekł mu i w łąki poszedł. Nie tracąc chwili ruszyli w kierunku konia. Każdy z innej strony otoczyli go kołem i podchodzą, aby złapać. Już, już mieli go pochwycić, gdy ten – cmyk, skoczył i popędził dalej. Nie odbiegł nawet i dwudziestu metrów od tego miejsca, stanął i dalej się pasie spokojnie skubiąc trawę.

A to cholera nagła, a to czorcisko przebrzydłe! Umykać mu się zachciało – gospodarski wikt mu zbrzydł! Chłopaki dalej w pogoń za chabetą, ale gdy tylko się zbliżać poczęli, on znowu swoje – jeszcze dalej w łąki. Ponawiali kilka razy próbę złapania konia, ale za każdym razem uciekał im coraz to dalej w bagna.

Młodzieńcy nie głupi, od razu zmiarkowali, co się kroi. Oto koń, pasący się na łąkach ma jeden wyraźny cel – koniecznie chce ich wciągnąć na trzęsawisko. „Ciort z tobą. Nie ma głupich. My tam bracie nie pójdziemy.”

Stanęli źli i posępni patrząc jak czarne końskie widziadło oddala się coraz bardziej. Jeszcze majaczy w oddali oblane światłością miesiąca, jeszcze tańczy swawolnie chwil kilka... i ginie gdzieś w mrokach. Niknie, przepada. Nastaje cisza.

„A niechby cię diabli wzięli, skoro ty taki. Niech se Antoni sam po bagnach biega i cie łapie, jak nie dopilnował.” Gdy wrócili do wsi, poszli do Antoniego powiedzieć mu, że jest taka sprawa, i jego chabet po łąkach lata.

„Czy wyśta chłopaki pogłupieli?! A cóż on by tam na tych łąkach o tej porze robił? Czy mu u mnie źle? Czy ja o niego nie dbam, żeby miał uciekać?” Antoni był wyraźnie zły z powodu tego nocnego najścia. Chłopaki jednak uparli się, że konia widzieli i mówią ostro chłopu, aby poszedł do obory i zobaczył.

Antek zarzucił kapotę i klnąc pod nosem poczłapał w kierunku końskiego domostwa. Zdumieli się chłopaki i wstydu najedli, bo zobaczyli, że oto konisko cały i zdrowy stoi na swoim miejscu. Sklął ich Antoni na czym świat stoi, że mu po nocy głowę zawracają i głupie żarty sobie zeń stroją.

A chłopaki porozchodzili się do chałup, aby odpocząć po tej pełnej wrażeń wyprawie. Nie wiedzieli by pewnie do końca życia, czyjego to konia na łąkach widzieli, gdyby nie uświadomił ich był dziadek jednego z nich.

grzyb galaretowaty na pniu drzewaOtóż na tych podmokłych łąkach, od dawien dawna, co jakiś czas ( bo oczywiście nie zawsze) ukazuje się złowieszcze końskie widmo, które wszelkimi sposobami stara się wędrowców wciągnąć w najgorsze topielce i zarośla. Nikt nie pamięta skąd ono się wzięło i kiedy zaczęło straszyć, ale wielu jeszcze żyje, którzy tego pasącego się na łąkach ducha widywali. Cieszyli się chłopaki później, że dane im było przeżyć tak interesującą, ciekawą i niecodzienną przygodę.

Podobną w swej wymowie legendę zasłyszałem także w Wielkolesie. Różniła się ona jednak tym, że o ile tu był koń wciągający na bagna, to tam w Wielkolesie, do topieli wabiła czarna owieczka. Widmo tej czarnej owieczki grasowało długo po leśnych bagnach i bardzo wielu ludzi doprowadziło do utopienia.

Razu pewnego chłop jadący po drzewo natknął się na tego złośliwego ducha i myśląc, że to zabłąkana, zwyczajna owca, chwycił ją w pół i na wóz zarzucił. Strasznie jednak się zdziwił i przeląkł, gdy oto taka malutka owieczka, tak przygwoździła swym ciężarem ten wóz, że chociaż konie ciągnęły z całej siły, to nie mogły ruszyć.

Demoniczna siła zaczarowanego zwierzęcia trzymała mocno i nie puszczała. Nie wiadomo jaki byłby los tego wszystkiego, gdyby nie to, że chłop ten, który wozem kierował, biegły był w tych sprawach i wiedział jak w takowej sytuacji postąpić. Wziął nożyk i z lipowego drzewa wyciął kilka prętów.. Uczyniwszy to, zaczął owieczkę smagać.

Owieczka (a raczej ten co pod owieczki postacią się ukrywał) skoczyła jak oparzona i przepadła na bagnach. Od tej pory nikt jej już więcej nie widział. Mówią, że dlatego ten duch czarny tak się przestraszył tego lipowego łyka, że kołyska Jezusowa z takiego łyka była uwita i to łyko ma taką moc.

Także kobiety wijące wianki na oktawę, wiją je często na łyku lipowym. Wianuszki takie służą potem do okadzania krowom wymion, aby te pokarmu nie traciły.

Opowieści zebrane w terenie, w okolicach Michowa, powiat lubartowski, przekaz ustny. Wydane w książce "Dziwy spod strzechy i wierzbowej dziupli".



Zostaw swój komentarz