Czarownice, zamawiaczki, znachorzy

Zebrał: Michał Chomiuk

Jeśli chodzi o umiejętność czarowania, wpływania mocą tajemną na bieg wydarzeń, rzucania zaklęć, zamawiania i tego typu niezwyczajnych poczynań, spotkać się jeszcze można w naszych okolicach z wieloma przykładami pozostałymi w pamięci starszych mieszkańców.

Dotyczy to głównie pewnego specyficznego procederu czarodziejskiego, a mianowicie odbierania krowom mleka. Starsze osoby, nie raz i nie dwa opowiadały o tym zjawisku, mówiąc, że kiedyś, przed wojną rzeczywiście żyły po wsiach baby, które złym spojrzeniem, albo jakimś niecnym uczynkiem odebrały mleko każdej krasuli.

Bywało, że baba wychodziła (np. w Wielki Piątek) na cudzą miedzę i kosiła tam trawę szepcąc jakieś formuły, albo też, chodziła za cudzą krową i gdy ta załatwiła swą potrzebę, to baba zawijała łajno w chustkę i także zaklinała, także czarowała.

portret krowyPo takich praktykach (również szeptanie zaklęć przez czarownice na krzyżowych drogach), krowa osoby, na którą się baba uwzięła, traciła mleko, lub dawała je z krwią. Oczywiście całe mleko zaczarowanej krowy, tajemną drogą przechodziło do wymienia krowy czarownicy, toteż, gdy inne kobiety narzekały na biedę i głód, czarownica (której dopomagał, nie kto inny, lecz sam diabeł we własnej postaci) zawsze miała mleka, masła i śmietany tyle, że nie mogła go spożyć.

Ludzie, jak tylko potrafili, bronili się przed mocą złych wiedźm i dysponowali także całym arsenałem praktyk mających odegnać czary, odstraszyć złe duchy, czy też zniechęcić czarownicę, by nie czepiała się ich krów.

Żeby odczarować złe mleko, trzeba je było lać przez ostrze kosy, wtedy diabeł dawał za wygraną i wszystko wracało do normy. Najciekawszym jednak był sposób szkodzenia czarownicy poprzez wylanie zaczarowanego mleka do wychodka. Wówczas czar się odwracał i mleko czarownicy śmierdziało potwornie zawartością wychodka.

Mówi się, że władzę psucia i odbierania krowom mleka mieli także owczarze, którzy niejednokrotnie sprawiali, że śmietana zamiast do góry, to opadała na dół. Owczarz taki, aby poczarować gospodarzom mleko, czy cały dobytek, musiał wejść na to podwórko i coś z niego wziąć mało ważnego, mógł to być nawet wiór z płota. Dopiero, kiedy to zdobył mógł rozpocząć zaklęcia.

krowa pasąca się nałąceNajbardziej szkodliwe jest ponoć wzięcie czegoś wtedy, gdy krowa się cieli. Tak więc czarownice skrzętnie wykorzystywały ten moment i udawały się do gospodarzy pod pozorem, że chcą coś pożyczyć. Do dzisiejszego dnia wielu gospodarzy jest tak przezornych, że nikomu nie pożyczają, bojąc się, aby ta osoba nie odebrała krowie pokarmu.

Dużą mocą czarnoksięską cieszyli się także wszelkiej maści pasiecznicy i pszczelarze. Posiadali oni dziedziczne duchy, które wraz z pasiekami i tajemnymi praktykami przechodziły z ojca na syna i stanowiły zazdrośnie strzeżoną i nikomu nie ujawnianą tajemnicę.

Wiedza ta, oprócz ogólnej ochrony magicznej pszczół, zamówień, zaklęć i sposobów ich pielęgnacji, dotyczyła także sposobów pielęgnacji diabełka dopomagającego pszczelarzowi.

Diabeł taki mógł występować pod postacią czarnego kota ( na Rudzienku mieszkała kobieta posiadająca diabełka i właśnie był to czarny kot – chociaż oczywiście nie każdy kot jest takim duchem). Dopóki ten czarny diablik żył, to kobieta miała miodu pod dostatkiem, pszczoły pięknie się chowały i rozmnażały. Gdy kot zdechł, to i pszczoły zaczęły chorować, zdychać i miód się skończył.

Dowiedziałem się w okolicach Rawy, że taki duch nazywał się pszczelnikiem i on właśnie ściągał miód dla swojego właściciela. Oczywiście nie zawsze musiał to być czarny kot, widziano bowiem te duchy pod różnymi postaciami.

W okolicach Samoklęsk opowiadają, że pasiek pilnowały diabły w czarnych kapeluszach. Gdzie indziej znowu, że wśród uli biegał zawsze w nocy wielki czarny pies, który potrafił rozpłynąć się w powietrzu. Słychać tam też było jakieś kroki, odgłosy, hałasy i nawoływania.

Pewna kobieta mówiła także, że jej ojciec opowiadał, iż nikt nocą obok pasieki nie przeszedł, gdyż tam straszyło okrutnie. Ciągle słychać było jak ktoś kosą kosi mimo, że tam nikogo nie było.

pszczoła na kwiatku Pasiecznicy także prowadzili między sobą spory, jak to między ludźmi wtedy bywało, że jeden drugiemu zadał takie coś, że temu drugiemu pszczoły pozdychały. Albo też mocą swych czarów wysłał swoje pszczoły na pszczoły przeciwnika, aby tamte wygryzły.

Podobną mocą do pasieczników dysponowali owczarze. Gdy byli na kogoś źli, to umieli zadać mu urok, który pozbawił tej osoby zupełnie radości życia, mądrości, jasności umysłu i powodzenia.

Osoba poczarowana przez owczarzy była pomieszana wewnętrznie, nieszczęśliwa, nie mogąca dojść do siebie i często popełniała samobójstwo.

Owczarze szczególnie byli mściwi na punkcie ich ugoszczenia – biada była temu, kto odmówił im poczęstunku lub noclegu. Zawsze odpowiadali takiemu delikwentowi: „Czekaj no, czekaj. Ty nas jeszcze popamiętasz!”

I gdy już odeszli, to zawsze na dom ten spadały jakieś plagi. U jednych gospodarzy zrobili coś takiego, że całe podwórko obrosło jakąś ohydną, trzęsącą się galaretą. To znowu tak straszyło, tak domowymi sprzętami rzucało, że nie można było wytrzymać. Pierzyny, poduszki, same się podnosiły i do otwartych drzwi pieca w powietrzu szły. I w ogóle przeróżne cuda się działy. Trwało to dopóki w domu tym nie wybuchł pożar i wtedy wszystko się spaliło.
Ludzie ponoć widzieli jak w popiele spalonego domu grzebało dwóch dziwnych, ponurych osobników w kapeluszach.

Także rajek wiejski mógł się znać na tych sprawach. Był to człowiek, który nastręczał kupców i klientów, a starym kawalerom szukał żon. Kto by dobrze nie ugościł i nie przyjął wiejskiego rajka, temu by była wielka bida.

Osobną kategorią osób zajmujących się magią, były osoby, które używały jej nie do szkodzenia swym bliźnim, lecz do odczyniania uroków i leczenia chorób. Były to wiejskie babki, zamawiaczki, zielarki, znachorzy. Leczyli oni z wszelkich przypadłości takich jak padaczka, nerwy, róża, kołtun itd.

Osoby chore na różę udawali się do babki, która brała lniane kulki i je podpalała odmawiając przeróżne formuły, i w ten sposób spalała chorobę. Podobno był to bardzo skuteczny sposób.

Tak samo kołtun, który wszedł na włosy, a który był manifestacją wewnętrznych nerwów, bólów, pomieszania. Trzeba było przed obcięciem go zamówić. Zamawiało się go formułami takimi jak ta np.: „Od wrót do wrót, bodaj by się kołtun zgniótł, od wieży do wieży, niech się kołtun zjeży”.

Do dzisiejszego dnia, na niektórych wioskach istnieją sposoby na pozbycie się kołtuna. Można go ponoć usunąć tylko w majowe, spokojne południe, przy bezchmurnym zupełnie niebie. Trzeba go wówczas wypalić papierosowym żarem. Nie należy jednak wypalać niedojrzałego kołtuna. Dojrzały on jest wtedy, jak przebędzie dwa pierwsze piątki.

Nerwy i przestrach u dzieci odczyniano przelaniem jajka przez miotłę lub wosku na wodę. Bardzo często bywało też i tak, że, gdy ktoś zachorował, to nie szedł osobiście do babki lub znachora, lecz rodzina zanosiła tam jego koszulę, nad którą znachor odprawiał gusła. Często to pomagało.

Np. jeden gospodarz spadł kiedyś z wozu i potłukł się tak dotkliwie, że nikt już mu nie dawał nadziei na uleczenie. Jednak rodzina zawiozła znachorowi jego koszulę, a ten powiedział, że on wyzdrowieje, tylko musi być koniecznie okładany codziennie kompresami z prażonego świńskiego gnoju. Przez tydzień albo i więcej okładano gospodarza tym specyfikiem, po czym ten wyzdrowiał i stanął na równe nogi.

Gdy zaś komuś wyrastały na rękach jakieś zgrubienia i kościste narośla, to kazali mu, by szedł w pola i lasy i tam kosteczek szukał. Gdy znalazł on jakąś kość, to miał tę swoją narośl tą kością nacierać. Gdy już natarł tę, której chciał się pozbyć, to musiał odłożyć kość w to samo miejsce i nie oglądając się za siebie wracać do domu. I gadają, że wtedy te narośle ginęły.

Tylko jedna osoba opowiadała o praktykowaniu kiedyś w tych stronach magii miłosnej. Była to starsza pani, która mówiła, że dawniej, jak dziewczyna chciała pozyskać względy kawalera, to przyprowadzała go do domu, a jej rodzice usadawiali go na pierzynie, w której zaszyte były lubczyki (przedmioty i zioła mające moc wywoływania miłości). I taki kawaler mocą tych lubczyków zaraz prosił o rękę dziewczyny.

Było też tak, że rodzice pewnego chłopaka, który wbrew ich (swojej również) woli zakochał się w dziewczynie tak, że miłość ta mało do szaleństwa go nie przywiodła – domyślili się że musiała ona mu coś zadać. Przeszukali ubrania syna i znaleźli w nim zaszyte jakieś ziarenka kaszy i trochę innych rzeczy. Rzucili to wszystko w perz, by ogień pochłonął czary i uroki dziewki. Z chwilą, gdy lubczyk spłonął, chłopak rzeczywiście odkochał się i przestał się dziewczyną interesować.

Opowieści zebrane w terenie, w okolicach Michowa, powiat lubartowski, przekaz ustny. Wydane w książce "Dziwy spod strzechy i wierzbowej dziupli"


Komentarze

dodany przez EDYTA
2009-04-22, 00:42
Witam
bardzo interesujace szkoda ze tak mało o magii i różnych zaklecjach
dodany przez ewa
2009-11-15, 20:36
chciałam porozmawiać z kimś o kołtunie,którego mam na działce,może ktoś ma informacje na ten temat
dodany przez anna
2010-01-18, 20:21
poszukuje wiadomosci zwiazanych z dawnymi zwyczajami zwiazanymi z kamieniami wszekliego typu(polne i szlachetne).jesli ktos przypadkiem posiadalby jakies informacje prosze o kontakt.dzieki:)
dodany przez Anna
2010-04-28, 13:38
Witam interesują mnie sposoby takie jak dawniej panny chciały by chłopak się w nich zakochał jednym słowem zatrzymać przy sobie faceta.
dodany przez jarek
2010-11-01, 12:55
kuzyn leczył się u jednego "znachora" na raka krtani. Było lepiej lekarze dawali mu 4 - 6 miesiecy. Po kuracji u tego calego Baszy pociagnal dwa lata
dodany przez Beata
2010-12-06, 15:49
mój mąż ma róże na nodze,szukam kontaktu do jakiejś kobiety (szeptuchy,baby),która mogłaby mu pomóc.
dodany przez Anna
2012-06-20, 15:03
Co mam zrobić kiedy mąż jest jak kołtun? Wiecznie niezadowolony, wściekły i co bym nie zrobiła i tak jest źle. Ma czasem przebłyski człowieczeństwa ale rzadkość.

Zostaw swój komentarz