Kultura to nieustanny proces otwarcia

Janusz Korbel

Mieszkam w Białowieży zaledwie od paru lat. Pracowałem już w kilku historycznych regionach, o odmiennych tradycjach. Zastanawiam się dzisiaj, jak wykorzystać zdobyte tam doświadczenie do rozwiązywania problemów mojej nowej krainy.

Daleko, za górami za lasami i w odległych czasach, było tak, że (przynajmniej teoretycznie) ustalano wartości, które należy chronić: były to cenne budowle, regionalny charakter architektury, układ wsi, sposób sytuowania budynków, tereny zabudowane i tereny rolne, cenne przyrodnicze obszary i obiekty. Wszystko to stawało się częścią lokalnej tradycji, swoistym dorobkiem, z którego bywało, że ludzie byli dumni. Wokół cenionych obiektów tworzono strefy ochronne, żeby nikomu nie przyszło do głowy postawić w pobliżu zabytkowej kapliczki wielkiej tablicy reklamowej, czy stacji transformatorowej koło dębu Bartek. Do tego dochodziła jeszcze czasami dbałość o tradycyjne lub historyczne nazwy (nawet komuna nie odważyła się wymazać w Krakowie nazw ulic - odjęto tylko sprzed imion słówko "św." i zamiast św. Tomasza pojawiła się bez sensu ulica Tomasza). Górale podhalańscy nie wstydzili się jednak używać swojego języka i to budziło szacunek "ceprów". Z kolei ci sami Górale z dumą przyjmowali do siebie Witkiewicza, Chałubińskiego, Kasprowicza, Tetmajera i tzw. "styl zakopiański" został przetworzony i wykreowany dzięki temu wyjątkowemu melanżowi kultury wysokiej i kultury wiejskiej.

Dzisiaj słyszę wszędzie tylko o potrzebie stworzenia "produktu turystycznego", czyli czegoś co się da dobrze sprzedać. Ktoś pomyślał, że miejscowe nazwy w mojej okolicy są za mało atrakcyjne - więc kreuje się "Krainę żubra", tylko patrzeć kiedy pojawią się nowe tabliczki przy drogach, z których kierowca się dowie, że oto jest nie na Podlasiu tylko w jakimś "Żubrowisku". Sugestie przywrócenia dwujęzycznych nazw w regionie, gdzie większość deklaruje, że jest narodowości białoruskiej nie zyskały aplauzu, za to pojawiła się, nagłośniona w mediach, wielka reklama piwa w środku Puszczy Białowieskiej - oczywiście znowu chodzi o żubra.

werandaTradycyjne układy przestrzenne wsi powoli zanikają, bo nowe tereny zabudowywane są dowolnie: jak ktoś miał pieniądze, to kupił odpowiednią ilość gruntu i już stawiał swoją "rezydencję" na tzw. siedlisku, dowolnie daleko od drogi, na środku otwartej polany, niszcząc większym lub mniejszym "gargamelem" harmonię krajobrazu. Nikt nie dba też o zachowanie tożsamości architektury przez przyjęcie jakichś zasad ogólnych (linia zabudowy, wysokość kalenicy, pochylenia połaci dachowej, charakterystyczne podziały okien itp.). Pojawiły się natomiast domki potworki, budowane seryjnie przez lokalne (!) firmy, domki, które są kuriozalnym skrzyżowaniem góralskiej chałupy, z szlacheckim dworkiem i tzw. "korzenioplastyką" z cechami białoruskimi (żeby je uzyskać wystarczy dokleić wokół okien powycinane we wzorki deseczki albo postawić koło garażu makietę studni z żurawiem). Ławeczki przed płotem już nie będzie, bo kto by na niej siadał. Ta funkcja społeczna już wygasła.

Szukając dotacji - a dotacje unijne można otrzymać tylko na wszelkiego rodzaju "rozwój" - wymyśla się coraz to zabawniejsze pomysły na projekty: a to z jakiejś wsi zrobimy centrum, powiedzmy, produkcji lokalnego ciasta "Korowaj", a to z innej "Ośrodek Kucia Podków", Centrum Wróżbiarstwa "Szeptucha" a w kolejnej "Krainę Miodem Płynącą". Podobne pomysły kreujące "produkt turystyczny" można mnożyć, choć przypominają one czynienie czarów. Mają się tak do życia, jak przystąpienie Hajnówki do stowarzyszenia gmin morskich do pojawienia się tam morza, lub wróżenie z fusów do notowań na giełdzie. Przy okazji mogą jednak zaowocować kolejną destrukcją krajobrazu i przyrody, bo np. uruchomienie kolejki (z pewnością o oryginalnej nazwie w rodzaju "Żubrowa") przez środek Puszczy Białowieskiej przyniesie dochody tylko wtedy, jeśli kolejka będzie jeździła często, czyli jeśli jeszcze więcej ludzi wprowadzi się w serce tego "pierwotnego" lasu, wyasfaltuje dojazdy, postawi toalety, zrobi parkingi i przy okazji przegoni dzikie zwierzęta objęte ochroną, jakie tam dziś mieszkają.

krzyżAutorzy pomysłów turystycznych i regionalnych zapominają o pewnej podstawowej prawdzie: że podkowy kuto w kuźniach, kiedy koń był częstym środkiem lokomocji i podstawą naszego bytu na wsi, korowaj pieczono z okazji wesela, szeptuchy też były wynikiem zapotrzebowania na lekarki dusz, a pszczelarze byli, są i będą wtedy, kiedy jest koniunktura na miód i tam, gdzie znajdą dogodne warunki. Zamiast tworzyć "krainę" wystarczy stworzyć dogodne warunki dla młodych ludzi do zakładania i prowadzenia pasiek i niech oni sami zdecydują gdzie. I tutaj doszliśmy do istoty problemu: krajobraz tworzą formy kulturowe i przyrodnicze, a te formy pokazują to, kim jesteśmy, a nie jaki mamy pomysł na "produkt". Znam słowacką wioskę, gdzie osiedlili się z wyboru (nie "z projektu") ludzie chcący żyć inaczej niż w mieście i to oni nauczyli się tkać, robić rękawice wełniane, ręczniki, uprawiać tradycyjnie i ekologicznie warzywa, otworzyli własną "szkołę kultury ludowej" - i teraz z tego się utrzymują, a dzieci miejscowych rolników nie chcą już wyjeżdżać do miasta, bo do nich przyjeżdżają nawet profesorowie z Bratysławy. To był świadomy wybór, chęć odwołania się do zapomnianej tradycji i zaadoptowania jej do współczesnych oczekiwań. To oni uratowali też najpiękniejsze lokalne domostwa. Pomoc ze strony władz polegała na tym, że widząc korzyści dla regionu - pozwolili im się osiedlić na wyjątkowo dogodnych warunkach.

Tzw. socjalizm przeorał nasze umysły i znaczną część pamięci. Po roku 1949 wymyślono architekturę socjalistyczną (była też socjalistyczna rodzina i socjalistyczne miasto - z wsią w Polsce było trudniej, ale w Białorusi widać już wyraźnie co to spowodowało w krajobrazie). Według wskazań Stalina forma miała być narodowa, a treść socjalistyczna. Mogły więc przetrwać detale i ozdóbki (narodowa forma), pod warunkiem jednak, że nie kojarzyły się z tradycją feudalną, kapitalistyczną i burżuazyjną, czyli inteligencką. Popierano tzw. "sztukę ludową", w porządku był zespół folklorystyczny ale bez żadnych "obcych" wpływów!, indywidualizmów!, no i treść najlepiej jak była klasowa i kolektywistyczna. Forma narodowa za to socjalistyczna w treści bardzo skutecznie niszczyła kulturę. Wszak kultura to właśnie treść: to żywa w sercu tradycja, pamięć, doświadczenie różnych wpływów, a nie zewnętrzna forma, opakowanie, produkt najbardziej nawet turystyczny. Tzw. sztuka ludowa była zresztą przede wszystkim naśladownictwem sztuki warstw bogatszych i w miarę znikania różnic w naturalny sposób ona zanika.

Człowiek zakorzeniony w kulturze nie musi się lękać wpływów zewnętrznych - one go wzbogacają, potrafi je przetworzyć zgodnie ze swoją naturą. Przykładów dostarczają Szymanowski, Moniuszko, Karpiński, a współcześnie Leon Tarasewicz, Jerzy Nowosielski, Gardzienice czy ośrodek Pogranicze. Pewien etnomuzykolog powiedział kiedyś w audycji radiowej, że kultura muzyczna Ukrainy czy Białorusi zacznie trafiać do serc ludzi i wzbogacać wspólną kulturę światową, kiedy wyjdzie poza skansen odtwarzania tych samych, martwych tradycyjnych form, pozbawionych dzisiaj treści, jak pieśń żniwiarek, którą słucha i śpiewa wąskie grono ludzi z kultury niszowej, często nawet nieznających znaczenia słów. Te pieśni, muzea i skanseny są ważne, ale nie one tworzą kulturę i nie one stanowią o przetrwaniu naszej tożsamości.

dom drewniany

Na świecie powstało w okresie międzywojennym hasło, że forma wyraża funkcję. Mies van der Rohe projektował stalowoszklane domy, jakie dzisiaj możemy spotkać na każdym kontynencie. Jednak, mimo globalizacji, funkcjonalizm nie stał się powszechną tendencją. Ponieważ forma wyraża przede wszystkim proces a nie funkcję. Pokazuje, co jest dla nas ważne, a co nie. Żałosna architektura świadczy o naszym żałosnym życiu. Dworzec z czasów carskich w Białowieży jest dzisiaj piękną restauracją, bo jego architektura i historia zafascynowała właściciela, który przyjechał po raz pierwszy na Podlasie. Dzięki niemu w pewnej, przetworzonej formie zachowana jest pamięć wpływów rosyjskich.

Jeden z twórców podhalańskiej kultury Kazimierz Przerwa Tetmajer był zakochany w autentycznej twórczości ludowej równocześnie kpiąc z filistrów, a Stanisław Witkiewicz był rzecznikiem wewnętrznej rewolucji człowieka i odrzucenia konsumeryzmu. Ich sztuka była wyrazem wartości, w które wierzyli. Nie muszę dodawać, że obaj byli gotowi wszystko oddać za ochronę przyrody tatrzańskiej. Bo przecież od niej wszystko się zaczęło. Ci ludzie z miasta osiedlili się na wsi, co być może uratowało Podhale przed unifikacją (po stronie słowackiej nie przetrwała taka identyfikacja lokalnego stylu, stroju, nawet języka). W naszym regionie może byliby nazwani obcymi, którzy zagrażają naszej tożsamości?! (nie będą nam obcy dyktować co mamy robić - pisał anonimowy autor w hajnowskich biuletynach w roku 2005!).

krzyż na poluZ czasów realnego socjalizmu pozostał swąd terminu "dziedzictwo" jednoznacznie wówczas nacechowanego: forma była tylko opakowaniem dla prymitywnych i prostackich treści. Przemysł turystyczny posługuje się podobnym zabiegiem, tylko że treść nie jest nawet socjalistyczna. Treścią jest pieniądz. Przysłuchując się dyskusji wokół propozycji wprowadzenia dwujęzycznych nazw, ochrony różnych tradycyjnych wartości kulturowych i przyrodniczych - zawsze słyszałem tylko jeden rodzaj argumentów: finansowe. Być może to znak czasu i pewnie dlatego nie ma dzisiaj wśród nas Witkiewiczów; są spece od "produktu turystycznego". Możemy region Puszczy Białowieskiej nazwać Krainą Żubra, możemy wymyślać nowe herby, marki, loga i budować kolejne skanseny oraz "krainy". I pewnie jest to proces nieunikniony. Forma może przetrwać długo pozbawiona treści kulturowych, jakie ją stworzyły, dopóki można na niej zarobić. Ale będzie coraz bardziej tandetna, bo oderwana od kultury. Co wspólnego ma samochód sportowy Pontiac z indiańskim wodzem o tym imieniu z XVIII wieku? Żubr też może niedługo być przede wszystkim kojarzony z piwem. Warto więc poszukiwać sposobów na żywe przetrwanie kultury. Często, wioząc autostopowiczów słyszę, że chcą stąd wyjechać. Może mieszkańcy słowackiej wsi Lidovej Kultury powinni spotkać się z młodzieżą z jakiejś wsi podlaskiej, która uważa, że musi stąd wyjechać, bo tutaj nie ma szans? Może takie spotkanie powinno być sfinansowane ze środków na rozwój regionu?

Krajobraz wiejski Podlasia wyraża przede wszystkim zapóźnienia cywilizacyjne i tradycję chłopską. To pierwsze jest wyjątkową szansą, bo nie został tak zniszczony jak reszta Polski w czasie nadawania formom socjalistycznych treści; ta druga właśnie ulega ogromnym przemianom i skazana jest na zagładę. Kiedy znikają uwarunkowania - znikają formy, które z nich wyrosły. Jeśli nie pojawi się kultura je chroniąca lub dostosowująca do współczesności - znikną mimo skansenów i muzeów. Tutaj natomiast, są ludzie, będący dziedzicami swojej wielopokoleniowej kultury. I to jest jedyna szansa na niepowtarzalność regionu. Szacunek do dziedzictwa nie oznacza zamknięcia przed zmianami. Ta niepowtarzalność może być budowana przy otwartości i bez lęku przed obcością. Największym zagrożeniem jest trwanie w okopach, bo wtedy syndrom "obcego" niszczy nas od środka. Wybitny twórca współczesnego teatru Jerzy Grotowski mówił, że aby być sobą potrzebujemy lustra, ciągłej konfrontacji. Do Skoly Lidovej Kultury przyjeżdża prowadzić zajęcia profesor akademii sztuk pięknych w Bratysławie Marko Huba - to nie jest skansen, to żywy ośrodek, gdzie rośnie już drugie pokolenie ludzi, chcących zachować swoją kulturę a przy tym się uczyć i być członkami nowoczesnego społeczeństwa.

Janusz Korbel
www.tok.most.org.pl