Mara

Zebrał: Michał Chomiuk

Marysia była drobną, czarnowłosą, figlarną dziewczynką, nad wyraz żywą i ciekawą wszystkiego dookoła. Wszędzie jej było pełno. Pierwsza była do pomocy w kuchni i w obejściu.

Uwielbiała być potrzebna, przydatna. Kochała uczyć się wciąż nowych rzeczy i wypróbowywać je w praktyce. Już jako pięcioletnie dziecko potrafiła ugotować pyszne pierogi, zagnieść ciasto chlebowe, czy ubić masło. Ubóstwiała te zajęcia. Podczas gdy jej siostry były raczej leniwe i pracowały tylko wtedy, gdy ojciec lub matka krzykiem lub groźbą je do tego zmusili.

To Marysia zawsze sama rwała się do wszystkiego. Ach, jak cieszyło to rodziców, że mają taką wspaniałą, udaną córuchnę, pracowitą, urodną i nieprzeciętnej mądrości.

Marysia kochała także zwierzęta: kury, kaczki, świnie, krowy, kozy, konie, owce – to byli jej przyjaciele i towarzysze zabaw. Często niepostrzeżenie wymykała się do obory, by móc godzinami przebywać w ich towarzystwie. Głaskała kobyłę po głowie, a starą maciorkę drapała za uchem, co tamta bardzo sobie ceniła. Dziewczynka uczyła się od zwierząt ich zwyczajów, wiedziała kiedy są głodne, złe, kiedy są skore do zabawy i figlów, a kiedy po prostu chce im się spać lub leniuchować.

Biegała wesoło po łąkach i polach. Wąchała kwiaty, wtórowała głosom polnych ptaszyn. Uganiała się za motylami. Tak upływało jej młodziutkie życie.

księżyc Gdy nadszedł czas jej piętnastych urodzin, na niebie była pełnia księżyca. Po raz pierwszy wtedy dziewczynka wpadła w głęboką zadumę, a jej lico pobladło i przybrało wygląd jak z wosku.

Od tego dnia jej życie zmieniło się zupełnie. Z żywej, wesołej, rozbrykanej panieneczki stała się dziewczyną spokojną, posępną, zamkniętą w sobie. Całymi dniami wpatrywała się bez słowa w odległy horyzont, jak gdyby oczekiwała czegoś lub kogoś mającego się pojawić z tamtej strony. Jej oczy stały się niespokojne, zasnute mgłą, kryjące w sobie jakąś mroczną tajemnicę.

Marysia także panicznie wręcz zaczęła bać się luster. Unikała ich jak mogła, odwracała się, nie patrzyła w ich stronę. Rodzice bardzo martwili się tym faktem, ale cóż mogli zrobić. Nie wiedzieli co za przypadłość męczy ich ukochaną córkę, nie znali przyczyny tej dziwnej odmiany.

Po jakimś czasie Marysia zaczęła wymykać się po zmroku z mieszkania i całe noce gdzieś się włóczyła. Nikt nie wiedział gdzie. Jeszcze bardziej wychudła i zbladła. Jej skóra stała się prawie przezroczysta jak pergamin. Każde żebro i każda kosteczka były widoczne przez jej cienką, bladą powłokę. Przestała się też prawie w ogóle odzywać i mruczała tylko pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa i zaklęcia.

Tymczasem w Michowie i okolicznych wsiach zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Wielu gospodarzy zaczęło się skarżyć na niespokojny sen. Mówili, że krew strumieniami, jak oszalała uderza im do głowy, że coś zakrada się do nich w nocy i dusi ich, wysysa z nich siły i soki żywotne.

Podobno to coś właziło na nich i przygniótłszy ich swym ciężarem nie pozwalało się ruszyć, a samo wkładało oślizły jęzor w usta gospodarza i dalej gnieść, dalej dusić, dalej poniewierać. Chłop lub baba po takiej nocnej przygodzie rano byli zupełnie wyczerpani i nie do życia. Nie mieli sił, by nawet zwlec się z wyra i pójść coś zeżreć. Tak ich ta nocna cholera zmęczyła i zmordowała.

Portret koniaStajnie i obory także stały się celem tajemniczego upiora i gdzie tylko, w którym obejściu był koń, lub kobyła, tam paskudny demon uderzał do roboty. Mimo, że chłopi zamykali swe obory bardzo dokładnie, to nie potrafili ustrzec swych pociągowych wierzchowców od niechybnego ataku.

Konie i kobyły rano były zgrzane, zapienione, spocone, jak gdyby przez całą noc ktoś na nich jeździł i je męczył. Zaś ich grzywy były poplecione w dziesiątki misternych warkoczyków. Poszli chłopy do baby, która na czarach i ziołach się znała, i uroki odczyniać potrafiła. Pytają się cóż robić mają. Mówią, że taka to, a tak sprawa, że już wytrzymać nie mogą tego wszystkiego, proszą o pomoc.

Znachorka wysłuchawszy tego wszystkiego od razu zawyrokowała, że w okolicy tej pojawiła się Mara, zwana także zmorą. Jest to dziwaczne widmo, które trudni się dręczeniem śpiących i męczeniem zwierząt gospodarskich, szczególnie zaś koni, które ujeżdża, i którym plecie warkocze.

Mówiła, że to widmo powstaje z drugiej duszy żywego człowieka, a dokładnie dziewczyny, która jest siódmą córką w kolejności. Poradziła gospodarzom, by swym koniom i kobyłom wplatali w grzywy czerwone tasiemki, czepiali do nich święcone żepie, zaś przede wszystkim kazała im wieszać u żłobu lusterka, które najbardziej Marę odstraszają.

Wieśniakom zaś nakazała spać odwrotnie jak do tej pory, to wtedy, gdy Mara przyjdzie zobaczy, że zamiast głowy dusi zupełnie inną część ciała. Wówczas obrazi się i już więcej nie przyjdzie.

I tak też ludziska robić zaczęli, by Marę odstraszyć. Szybko też wpadli na trop paskudnej zjawy i odkryli osobę ich męczącą. Tylko jedna bowiem rodzina w okolicy miała siedem córek w kolejności. Mimo tego, że raczej wszyscy wtedy mieli dużo dzieci, to rzadko się trafiało, by rodziły się same dziewuchy. Oczywiście rodziną, o której mowa była rodziną naszej znajomej Marysi.

To właśnie Marysia była tą, której dziwny czar kazał wyprawiać te nocne harce. Mimo, że przecież miała dobre serce i każdemu była skora do pomocy, nie oparła się tajemniczemu przeznaczeniu nocnej Mary.

mgła na łąkachByć może gdzieś w świecie był ktoś – jakiś potężny zaklinacz, zamawiacz lub czarownik – kto mógłby zdjąć z dziewczynki to zło i czynić ją na powrót zdrową, szczęśliwą. Tu jednak musiała trwać w swej dziwacznej przypadłości i wieść żywot zmory. Mgła spowijała jej umysł, serce i uczucia. Mgła od której nie potrafiła już się uwolnić. Nie było w tej mgle żadnej ludzkiej myśli, żadnego wspomnienia.

Wszystkie słodkie obrazy z lat dziecięcych rozwiały się i rozmyły pozostawiając tragiczną pustkę. Czuła tylko jak zaczarowana, że musi co noc wymykać się z domu i ssać, dusić, pleść końskie grzywy. Tylko duszenie chłopów i dręczenie koni było istotą, sensem jej życia, tylko to potrafiła. Smutek i pustka w jej oczach tylko wtedy, gdy trudniła się tym procederem, na chwilę się rozjaśniały.

Wieśniacy znali i szanowali rodziców Marysi mając ich za dobrych i przykładnych gospodarzy. Toteż dziewczynę pozostawiono w spokoju, wykonując tylko to co zaleciła im znachorka. W każdej teraz oborze, stajni wisiało lusterko, które skutecznie wstrzymywało Marysine harce.

Gdy tylko Mara weszła do takiej stajni, gdzie było lustro, to przejrzawszy się w nim, natychmiast traciła ochotę na dalsze igranie. Widziała bowiem w tym lustrze cały swój obłęd i całe szaleństwo atakujące ją ze zdwojoną siła i bez żadnych ogródek. Widziała swymi martwymi oczyma głęboką, przerażającą, pustą przestrzeń pełną rozpaczy i braku najmniejszej nadziei.

Takie to było dla niej okropne, że pozostawiała gospodarstwo i szła dalej. Wkrótce zewsząd musiała uciekać, gdyż wieść o magicznej mocy zwykłego lusterka rozeszła się migiem i wszyscy już mieli takowe w stajniach. Jeśli nawet czasami udało jej się zapleść grzywę jakiejś chabecie to, gdy przychodziła tam na drugą lub trzecią noc, zwierciadełko zawsze już tam było.

Tak oto nasza Mara, chcąc nie chcąc, zmuszona była zaprzestać swej roboty w okolicach Michowa. Smutna, szalona, udręczona na ciele i duszy, osamotniona w swym tajemniczym obłędzie, porzuciła rodzinny dom i ruszyła w świat.

Wiedziona instynktem, którego nikt nie rozumiał rozpoczęła wędrówkę po innych stronach, tam gdzie ludzie byli mniej przezorni, i tam wyprawiała swe bezecne igraszki.

Co zaś tyczy się Michowa i okolic, po odejściu dziewczyny z domu, przez długi czas był spokój ze zmorami. Gdy jednak minęło kilka lat, w tej i tamtej stajni lustro się zakurzyło lub stłukło, a ludzie zapomnieli o tamtych wydarzeniach, zajęci znojem dnia codziennego, Mary zaczęły powracać.

Najpierw nieśmiało czyniły podejścia, szukały ofiar ludzkich i końskich, a z czasem coraz częściej na dobre zadamawiały się u upatrzonych gospodarzy. I tak to z tymi Marami bywało.

Opowieści zebrane w terenie, w okolicach Michowa, powiat lubartowski, przekaz ustny. Wydane w książce "Dziwy spod strzechy i wierzbowej dziupli"