Oddaj czapkę!

Zebrał: Michał Chomiuk

Czerwcowe słońce, po upalnym dniu, właśnie zaszło za horyzontem i ziemię zasnuł półmrok. Niebo było czyste, pogodne, prawie bezchmurne, nie licząc kilku wacianych obłoczków o trochę postrzępionych brzegach.

Po miedzach i krzewach grały pierwsze tego roku koniki, a od sadzawki słychać było donośny rechot żab. Na niebie ukazała się ciemna sylwetka przelatującej czapli.

W Abramowie szykowała się zabawa. Młodzi tłumnie przybyli pod salę, ustrojeni na tę okazję w najlepsze ubiory. Chłopaki i dziewuchy radowali się na myśl o tańcach. Aż się w nich gotowało. Gdy młodzi weszli orkiestra zaczęła grać. Ach, jaka to była zabawa! Wesoła! Żywa! Dziarska! Młodym nogi latały jak oszalałe.

Stacho z koleżkami wypili trochę wina i gadali o różnych sprawach. Mówili o dziewczynach, która z nich najładniejsza, najlepsza, najcudowniej się uśmiecha i dla której warto by poświęcić wszystko, aby zdobyć jej serce. Gdy już opowiedzieli sobie o wdziękach wszystkich znanych im panien, zmienili temat.

Jurek z Wolicy powiedział, że jego ojciec gadał, jak to dwa lata temu, na ich polu, pies jakiś czarny bez głowy przy blasku księżyca leciał i jak później różne niepowodzenia ich nachodziły. Najmłodszy Antek przemówił, że jego babcia zawsze o północy duchy widzi i on się strasznie boi, jak ona o tym opowiada. Za nic w świecie by sam wtedy na dwór nie wyszedł. Gadali tak tedy o strachach i dziwach, o których zasłyszeli od rodziców, czy gdzieś przy ognisku, albo na pierzakach, czy przy okazji wieczerzy wigilijnej. Wtedy to starzy bajali, niestworzone historie z dawnych i obecnych czasów opowiadając.

Różne to były opowieści. A oto zmarła matka, która osierociła małe dzieciątko, przychodziła z zaświatów i karmiła je własną piersią, a później do snu kołysała. A to jakiś czarny bałwan dzwoniąc łańcuchami na moście się ukazywał. Mówiono o diabłach w czerwonych czapeczkach tańcujących wśród zbóż południową porą oraz o złych czarownicach umiejących każdej krowie mleko odebrać i złym spojrzeniem biedę i zamęt zasiać.

Chłopaki lubowali się w tych opowiadaniach, szczególnie jak gadał ktoś naprawdę stary, pamiętający dawne czasy, gdy dziwów było wiele, dużo więcej niż teraz. Chodzili wtedy po tej ziemi owczarze i inne przeróżne obieżyświaty potrafiący dokonywać rzeczy o jakich nikomu się nie śniło. Po cmentarzach lęgły się upiory i strzygi. Nikt przy zdrowych zmysłach, za żadne skarby świata nie polazłby wtedy w okolice takowego przybytku.
"A ja bym poszedł" - krzyknął Stacho z przejęciem - "Ja tam się żadnych duchów nigdy nie bałem i nie boję. Jak nie wierzyta to pójdę i to zaro".

stary cmentarzChłopaki mówili, że się zgrywa i tylko tak gada, żeby im zaimponować, bo przecież nikt nie śmiałby w noc po cmentarzu łazić. Stacho na to, że on nie tylko pójdzie na cmentarz, ale jeszcze na dodatek coś z grobu przyniesie, aby im udowodnić, że tam był. Założył się z kolegami i kilkanaście minut przed północą poszedł w kierunku cmentarza. Co prawda, gdy już doszedł do cmentarnej bramy, a do jego nozdrzy dotarła nieprzyjemna, stęchła woń, miał ochotę uciekać, poczuł trwogę i zmieszanie. Serce podeszło mu do gardła. Nie był jednak z natury strachliwy, więc szybko przezwyciężył to uczucie i szedł dalej.

Blask księżyca oświetlał mogiły wokół których Stacho łaził. Stare, popróchniałe krzyże sterczały ku niebu nadając miejscu jeszcze większej grozy. Stacho idzie i patrzy, a tu naprzeciw niego przechadza się jakiś wysoki, chudy jegomość w czarnej marynarce i w kaszkietówce na głowie.
"O, ot będzie mój dowód" - pomyślał Stacho, po czym podbiegł do gościa i wprawnym, szybkim ruchem zerwał mu czapkę z głowy. Uciekał z cmentarza szybko jak wichurą gnany, ze zdobyczną czapką na głowie. Tak dobiegł w te pędy do sali, w której odbywała się zabawa. Wszedł triumfalnie i dalej w tany się rzucił.

Nie potańczył nawet dwudziestu minut, gdy czapka, którą miał na łepetynie, jak nie błysnęła, jak nie stanęła w płomieniach i w różnobarwnym świetle. Niby tęczowe, lecz przeraźliwie rażące barwy, bijące z tej czapki oświetlały swym blaskiem calutką salę.
Co jest? Co na Boga? - zdziwienie i lęk ogarną tańcujących, a przeważnie Stacha. Nic, tylko sam diabeł w to się zamieszał. Gdy ta czapka tak błyszczy i cudów dokazuje, to za oknem pod salą straszny jakiś cień stoi i mówi grobowym głosem: "Oddaj czapkę!"

Stacha oblały siódme i dziewiąte poty, zemdlał prawie. Zbladł, zzieleniał i modlić się zaczął, prosić kolegów, by czapkę wzięli i na dwór wynieśli. Niestety - z dworu głos odpowiedział: "Ten ktoś wziął, ten masz oddać!"
Stacho na ten głos dostał drgawek na całym ciele, przewrócił się i legł jak nieżywy. Dopiero, gdy go wzięli na dwór i modlitwy nad nim odmawiać zaczęli i czapkę precz wyrzucili, chłopak odzyskał przytomność.

Tamten zaś czarny czapki właściciel zaśmiał się ohydnie, zawirował i zniknął, burzę okrutną sprowadzając. Stacho natomiast nigdy już więcej podobnych rzeczy nie czynił, bo miał solidną przestrogę - już do końca życia.

Opowieści zebrane w terenie, w okolicach Michowa, powiat lubartowski, przekaz ustny. Wydane w książce "Dziwy spod strzechy i wierzbowej dziupli".