Odpoczynek

Tamara Chorążyczewska - "Jak miastowy Jaś wyobraża sobie wieś"

Nadszedł wreszcie tak długo wyczekiwany sobotni wieczór. Ciepły aż serce i ciało uciekają z domu.
- Idziemy na spacer? - zapytał mój miły.
- Jasne. Tylko się ubiorę „normalnie”.

Wychodzimy wreszcie na dwór! Po całym dniu sprzątania i nadrabiania domowych spraw zaniedbanych w roboczym, pośpiesznym tygodniu. Nie mamy psa, nasze dzieci są już zbyt duże, by wychodzić "do piaskownicy" czy "na dwór".

Cieszenie się urokami miasta - kino, teatr, koncerty - to dla naszej dwójki jednorazowo wydatek ok. 30-100 zł. Dużo, jak na dwie budżetowe pensje pomniejszone o 2 bilety miesięczne 200 zł, czynsz 350 zł, opłaty 200 zł i koszt posiadania dwójki pociech.
- Muszę wyjść z domu, bo zaraz kogoś zamorduję - jęknęłam.

Mieszkamy w niewielkim mieszkaniu, 4 piętrowego budynku, w ładnej dzielnicy Wrocławia. My mieszkamy na 2 piętrze. Idealnie. Idealnie? Mijamy mieszkanie sąsiadki, która mieszka poniżej. Widzimy w judaszu jej czujne oko. Wreszcie otwieramy drzwi klatki schodowej. Wolność! Powietrze! Powietrze? Buchnął w nas żar rozpalonego upałem miasta. Klatka schodowa zaczyna wydawać się milsza niż wizja spaceru.
- Gdzie idziemy? Do Rynku?
- Drogo.
- To kupimy piwo i nad Odrę, na trawkę?
- Tam jest tak strasznie brudno. I jeszcze nas jacyś nadgorliwi policjanci zwiną za popijanie piwa w „miejscach publicznych”.

I w końcu poszliśmy, poczołgaliśmy się na spacer. Po rozgrzanym, lepiącym się do butów asfalcie dotarliśmy do osiedlowej knajpki. Bo tanio. Nie za daleko. Przejazd tramwajem, albo autobusem do znajomych kilkoma środkami komunikacji miejskiej (brr! jak to brzmi!) potrafi kosztować więcej niż bilet do kina.

Usiedliśmy w uroczym miejscu z widokiem z jednej strony na ryczący potok aut, z drugiej na szary mur obsikiwany przez stałych bywalców knajpki. Zamówiliśmy piwo. Odetchnęłam pełną piersią. Wreszcie wyszłam z domu!

To prawda, że mogę wypić piwo z mężem w domu. Robię to często, przy otwartym oknie, ściszając głos, bo sąsiadka z dołu zaraz wysyczy jakąś klątwę. Sąsiad z góry pali, to i pet zdarza się w tym wieczornym piwku przy oknie.

ogród z makamiLudzie spoza miast nie dostrzegają ogromnego, ogromnego luksusu posiadania przestrzeni, jaka została im dana. Wyłącznie chorzy mieszkańcy wsi skazani są na całoroczne uwięzienie w domu. A nawet i ci - starsi, niedołężni, w większości cieszą się nieliczną już z życiowych przyjemności – wychodzeniem do ogrodu. Moja teściowa, która miała kilka lat temu wylew, nie widziała od tego czasu świata. W jej ślicznym, to prawda, mieszkaniu nie ma balkonu. Przychodzi do niej tylko ksiądz. Nie zaglądają sąsiadki, bo w mieście nie ma takiej tradycji kontaktów sąsiedzkich. Telewizor jest jej jedynym „oknem na świat”. To smutna starość.

Miasto, to miejsce, w którym czas dzieli się na zarabianie pieniędzy i na ich wydawanie. Do tych dwóch czynności miasto nadaje się idealnie.

Ale czy właśnie na nich polega życie?