Płaczki

Zebrał: Michał Chomiuk

Dawno temu lud w naszych stronach wierzył, że jak dziecko ciągle płacze, to znak, iż ma zadane płaczki. A jeśli chcecie wiedzieć, co to były te płaczki, to sobie poczytajcie.

Razu pewnego, zimową porą, w miesiącu lutym, okropne mrozy nawiedziły Lubelszczyznę. Styczniowy śnieg, nieco podtopiony odwilżą, zamarzł teraz mocno, stając się z wierzchu szorstki, twardy i śliski. Wichry jak oszalałe hulały po polach i gościńcach powodując zawieje i zaspy, przez które nie sposób było przebrnąć. Lasy i pola, wioski i miedze - wszystko było zasypane. Wszędzie biel i mróz.

Życie jak gdyby zamarło, jakby jakiś potężny zły czarodziej za dotknięciem swej lodowatej różdżki zamienił świat w przerażającą, martwą i białą pustynię. Nikogo nie można było spotkać na dworze. Tylko wilki i leśne duchy odprawiały w borach swe wesela. Każdej nocy słychać było ich godowe skowyty.

Kaśka próbowała ukołysać do snu swą najmłodszą, ośmiomiesięczną córeczkę Marysię. Śpiewała jej piosneczki, nosiła na rękach, kołysała, dawała ssać piersi. Dziecko jednak nieczułe na te mamusine zabiegi, ciągle darło się jak opętane - dzień i noc. Już tydzień czasu, nie wiedzieć czemu Marysia dostała tego płakania. Zjadła, nassała się - a i owszem, nie wyglądała wcale na chorą. A jednak wciąż wyła. Dosłownie pięć minut po odstawieniu od cycka Marysia w płacz.

Dziwowali się już ludzie, skąd ta mała ma w sobie tyle siły, by wciąż tak płakać. Toż to przecie taka chudzinka, taka okruszynka. A ona jak szalona darła gębę, nie dając nikomu spać, ani żyć normalnie. Przelali wosk nad główką dziecka, odczynili uroki myśląc, że zauroczona, ale niestety, nic nie pomagało. Dziecko wciąż płakało.

Bieda, zima sroga, o jadło lepsze jakie trudno, ba, trudno nawet co i niektórym o kawałek suchego chlebiny, a tu jeszcze ten płacz. Domownicy, a najwięcej to matka odchodzili już prawie od zmysłów. Nie wiedzieli, co mają robić, takie to płakanie było przykre. Nie dlatego też, że byli złymi ludźmi i ich dziecko miało denerwować, ale z tego powodu, iż szkoda im było tej drobinki. No bo przecież, skoro tak płacze i lamentuje, to znak, że czegoś jej brak, że czegoś potrzeba i że doznaje jakichś strasznych przykrości lub smutków.

W szybach domostwa odbijała się bezkresna otchłań. Zamknięta pustka, bez rychłej nadziei na ratunek i zmianę. Pustka powodująca, że człowiek mimowolnie zaczynał zgrzytać zębami. W tej bezkresnej pustce odbijał się i niknął hen, płacz i lament dziewczynki. Mocny huk rozległ się w całej chałupie. Coś trzasnęło w ścianę. Jan, gospodarz wyskoczył spod pieca i biegiem na dwór zobaczyć, co się stało. Okazało się, że gruby konar starego dęba rosnącego koło płota się obalił i obleciał na ziemię, mocno rozrywając zagatę. Jak zaczął kląć nieładnie!? Poszedł pod ścianę domu, aby obejrzeć dokładnie, jak to wygląda. Patrzy, a tu na śniegu, wśród rozrzuconych liści leży kilka związanych razem, malutkich laleczek, zrobionych z jakichś patyczków i szmatek. Podniósł ostrożnie to znalezisko i poszedł do domu babom pokazać. Teściowa Jana, kobieta już przeszło osiemdziesięcioletnia, wzięła do swych kościstych dłoni niewielkie kukiełki i zaczęła je oglądać. "A diaboł wi, cóż to i będzie. Trza iś z tem do Józwowyj" - zawyrokowała.

Józwowa była znachorką słynną na całą okolicę i wiele, bardzo wiele potrafiła. Znała każde zioło, każdy kwiat polny i umiała z nich przyrządzać wyśmienite czarodziejskie mikstury, pomocne na każde zło i każdą jedną dolegliwość. Jak kogo łupało w krzyżu, bolał ząb, męczył go kaszel lub gorączka, to zaraz leciał biegiem do Józwowej - a ta jak mogła, to i pomogła.
Ludzie byli zadowoleni z usług, jakie wyświadczała im ta stara, mądra kobieta, i bardzo wdzięczni jej byli wspomagając, a to jajkiem, a to osełką masła, a to jeszcze czymś innym.

las zimąGruby kożuch założył Jan na grzbiet i wylazł na dwór. Miał do przejścia trzy i pół kilometra, ponieważ Józwowa mieszkała na wiosce sąsiedniej. Źle strasznie było iść, bo gościniec po pas zawiany, wiatr hula, mróz siarczysty i wielka niewygoda. Jan bez ochoty wylazł z chałupy, by ruszyć na tę osobliwą i męczącą wyprawę. Wolałby siąść przy piecu i drzemać spokojnie. Gdy jednak był już w połowie drogi, to lenistwo i gnuśność odstąpiły go zupełnie i z sercem pełnym radości walczył z zasypaną drogą. Zapadał się, grzązł i wychodził znów szedł, posuwał się bardzo powoli i z dużym trudem. Minął ospałe chałupiny i szedł dalej drogą, po której obu stronach rosły stare, kilkusetne lipy i jawory.

Dużo czasu upłynęło zanim przebił się do pierwszych budynków wioski. Minął przydrożną kapliczkę i chatę sołtysa, i szedł dalej. Z kominów chałup krytych strzechą snuł się smętnie siwy dym, unosząc ze sobą w nieznane, codzienne troski, smutki, radości i wszelkie uczucia mieszkańców.

Chata Józwowej nie wyróżniała się niczym specjalnym od chat innych. Z sosnowych bali, bielona w pasy tak, jak i inne, sąsiednie, stała sobie spokojnie z tyłu, za wioską. Gdy Jan wszedł do środka i rozdział się z ośnieżonego kożucha, pomarszczona i zakutana w grubą wełnianą chustę babina właśnie siedziała za stołem i jadła pierogi. W domu Józwowej panował względny porządek. Łóżko było pościelone bieluteńko, z trzema haftowanymi poduchami ułożonymi jedna na drugiej, na ścianie kilim, a wokoło rozchodził się zapach suszonych ziół, których wiecie i pęki porozwieszane były po całej izbie. Na okapie, kredensie, a także na podłodze stało dużo przeróżnych dzbanuszków i garczków, w których kobieta przechowywała swe specyfiki.

Można by rzec, że nawet porządek był tu idealny, gdyby nie trzy rzeczy, które zdradzały jednak, że moce starzenia się, rozpadu i czasu tu działają, że każda czynność pociąga za sobą jakiś trwały ślad. I to, że kobieta - tak po prostu - nie do końca jest osobą dbałą o nieskazitelną czystość. Te trzy rzeczy to czarny, zadymiony sufit, pokłady kurzu na meblach i wielu domowych sprzętach oraz kosmiczne ilości pajęczyn i pająków. Poza tym w porządku. Zresztą, co się tyczy pająków, to rzeczywiście także w porządku, bo przecież stworzenia to są stworzenia pożyteczne i nieszkodliwe.

Babina podniosła głowę znad miski i spojrzała na Jana przenikliwym, świdrowatym wzrokiem, który przyprawił go o mimowolny lęk. Dopiero teraz można było zobaczyć dokładnie jej twarz. Bruzdy i zmarszczki tak pocięły jej czoło i policzki, a nawet i brodę, że wyglądała jak kapelusz smardza.

Z czym do mnie przylazł? - zapytała surowo. Janek włożył rękę do kieszeni kapoty, co miał pod kożuchem, wydobył z niej tajemnicze laleczki znalezione w gacówce. Gdy przybliżyl się do kobiety, ta aż krzyknęła z przerażenia. - Na rany Pańskie, psenajświntnse! Płacki! Płacki przyniesłeś! Odsapnęła trochę i dalej się Janka wypytywać skąd on to ma. Gdy zdał już on jej całą relację i opowiedział o wszystkim, to kobiecina gada mu, czy mają małe dziecko. On jej, że owszem, mają malusieńką Marysię, która osiem misiącków niedawno skończyła. Baba pyta, czy dziecko ostatnio nie zrobiło się jakieś płaczliwe, niespokojne, lub nadąsane. A Jan na to, że oczywiście, ryczy po całych dniach i nocach, choć nie głodne, ani nie uroczne, bo uroki zdejmowali, a ona i tak lamentuje, płacze i krzyczy.

Józwowa uśmiechnęła się tylko, odsłaniając swą bezzębną szczękę z kilkoma pniakami. - Jakze una ma nie płokać, jak płacki zadane. Toż te to, te lalecki coś znalazł, to jakaś zawistliwa kobita wum podrzucieła, i to taka, która z czortem kramarzy, wiedźma. Biorą takie wiedźmy patycki i wstunżycki i insze rzycy i carujom. A jak nacarujom to idom i po gacówkach rzucajom. Ty weź to diabelstwo chłopie i za trzecio miedze precz wyrzuć. A jak wracać będziesz to nie łoglundoj się i biegiem do dom leć.

Podziękował Jan grzecznie i serdecznie starej Józwowej za dobrą radę, podarował zawiniątko, jakie mu żona dała dla staruszki i ruszył z powrotem. Trochę jeszcze miał trudu poczciwy chłopisko, bo musiał po polach w śniegu brnąć, ażeby tę trzecią miedzę wyszukać, ale opłaciło się.

Gdy tylko do domu Jasiek zawitał, pierwsze co go uradowało i przyjemnie zaskoczyło, to błoga cisza. Żona uśmiechnięta podchodzi do chłopa i mówi: - Marysia śpi spokojnie, jak tylko ześ te płacki wyniesł, to zaro tako spokojno się stała. Dzięki ci Panie Boże.
No to teraz już wiecie, co to te płaczki są.

Opowieści zebrane w terenie, w okolicach Michowa, powiat lubartowski, przekaz ustny. Wydane w książce "Dziwy spod strzechy i wierzbowej dziupli".