Prokopskie Udoli

Agata Jawoszek

Nie trzeba uciekać na drugi koniec kraju, żeby stworzyć sobie ekologiczną oazę. Nie trzeba szukać wsi, do której nie dotarła jeszcze cywilizacja. Można inaczej.

Można, będąc mieszkańcem stolicy, zaszyć się w lesie, żyć na pustkowiu, a niemal w centrum miasta, hodować kozy, czerpać wodę ze źródła, a za jedyne sąsiedztwo mieć zielone wzgórza przecinane trakcją kolejki wąskotorowej. Niemożliwe? Nierealne? Nic trudnego. Wystarczy tylko mieszkać w Pradze i jakimś cudem trafić na Prokopskie Udoli.

Ze Smichovskieho Nadraži, dworca kolejowego, wielkości dworca Warszawa Śródmieście, piętnaście minut jedziemy jednowagonowym pociągiem. Jest śmieszny i niezgrabny jak gąsienica z wielką głową i wybałuszonymi oczami. Musimy wcześniej zgłosić konduktorowi, że wysiadamy na stacyjce Praga-Holyně. Inaczej pociąg by się tam wcale nie zatrzymał.

Jesteśmy w środku lasu, cisza aż dzwoni w uszach. Żeby znaleźć drogę do domu znajomych musimy cofnąć się i przez kilka minut iść po torach gęsto porośniętych pokrzywami. Mała ścieżka, którą można przeoczyć ukryta jest między krzakami dzikich malin. Wiedzie pod górę.

Jest słoneczne sobotnie popołudnie, a ja myślę tylko o tym jak oni funkcjonują tu zimą. Nie ma żadnych znaków, żadnego oświetlenia. Wygląda na to, że gdy jest ciemno trzeba iść po omacku, na czuja. Przez myśl przebiegają mi myśli o seryjnych mordercach, gwałcicielach i psach ze wścieklizną. Wzdrygam się, ale tu jest tak pięknie i spokojnie, że przynajmniej teraz, nie sposób się bać tej głuszy.

przed chałupąPo kilku minutach docieramy do celu. Naszym oczom ukazuje się mała, pobielana chałupka, dwie sławojki, suszarnia, miejsce na ognisko, przydomowe wysypisko (ekologicznych) śmieci i kilka drewnianych ławek, a na nich barwne, rozwrzeszczane towarzystwo aktorów - amatorów.

Próbują właśnie bajkę "Trzej Weterani" Jana Wericha, którą w wakacje będą wystawiać dla dzieci z podpraskich wsi wędrując z cygańskim wozem z miejsca do miejsca. Częstują nas sfermentowaną cytrynówką z anyżkiem. Smakuje ohydnie, ale przyjemnie schładza, a delikatne bąbelki potrafią lekko zakręcić w głowie.

Z nieba leje się żar, a w domu panuje ożywczy chłodek. Zimne kamienne posadzki, surowe drewno, plecione ręcznie i zrobione na drutach wełniane makaty do siedzenia - czujemy się jak w skansenie, tyle, że więcej tu życia i awangardy. W domu mieszkają teraz trzy osoby: Kamilka, Daša i David, ale zazwyczaj kręci się tu więcej różnej maści ekologów, aktywistów, krewnych i znajomych królika, którzy wpadają pogadać, albo tak jak my, próbować przedstawienie.

Panuje tu lekki nieład, ale sama widzisz, straszny tu ruch i sprzątać nie ma kiedy - z przepraszającymi minami zbierają w pośpiechu z kuchennego blatu puste kartony po ryżu, kus-kusie i soczewicy.
Napisz pod zdjęciami, że bywa u nas czysto. Raz do roku. Wszyscy się śmieją. Nie wygląda by kiedykolwiek mogło tu być czysto na błysk. Zwłaszcza kuchnia i pokój Daszy, przypominający jakiś bajkowy buduar, świadczą o żywiołowości i ekspresyjności mieszkańców. Ale ma to swój urok. Podoba mi się.

Widać, że lubi się tu gotować. Spiżarnia obok nieczynnego już niestety pieca chlebowego kryje mnóstwo kolorowych, suszonych ziół, przypraw z każdego zakątka świata, warkocze czosnku i ogromny wybór herbat. Zamawiam kawę z cykorii. Dostaję ją w glinianej miseczce razem z porcją suszonych bakalii. Na obiad zapowiedziana jest jakaś indyjska potrawka z mnóstwem aromatycznych przypraw. Tata Kamilki pochodzi z Indii. Pewnie stąd te inspiracje. Palce lizać!

Dom, w którym jesteśmy należy do Stowarzyszenia TEREZA - Daša pokazuje mi ulotki i dawny plan ośrodka - A my pracujemy w nim jako wolontariusze. Zajmujemy się ekologicznym wychowywaniem dzieci ze szkól podstawowych. Organizujemy zajęcia w plenerze, sprzątanie okolicznych lasów. Mamy w Pradze swoją świetlicę, klubik. Uczymy życia w zgodzie z naturą, miłości do Ziemi, do przyrody i do zwierząt. Dom był kiedyś bazą noclegowo - szkoleniową, ale paradoksalnie, zabroniono nam gościć w nim dzieci ze względu na...nieodpowiednie standardy: brak "cywilizowanych" toalet, bieżącej wody, elektryczności.

wnętrze domuZaanektowali więc go do swoich potrzeb. Po długich wahaniach pociągnęli prąd. Kamilka zamieszkała w świetlicy, a Daša, z ówczesnym chłopakiem w sypialni. Stopniowo go urządzali, pojawiły się pudła z IKEI, wygrzebane u babci na strychu szafy, chodniki, bibeloty, głównie indyjskie i w stylu rustykalnym: gliniane świeczniki, drewniane wazony, bukieciki zasuszonych kwiatów. Udało im się stworzyć przyjazne, ciepłe wnętrze.

Wszyscy ci, którzy przywykli do wielkomiejskiego życia, pytają ich jak egzystują na takim pustkowiu, bez wygód, internetu, telewizji. I czy się nie boją, dookoła nie ma przecież żywej duszy, tylko las i pagórki.
Po wodę do picia chodzimy do pobliskiego źródełka. Do podlewania trawy przed domem i do mycia się przynosimy wodę z rzeki. Jakoś dajemy sobie radę - mówi Kamilka - tylko zimą bywa trudniej, ale latem to sama radość. A że jesteśmy tu sami? Zobacz! Wchodzimy na małą górkę na tyłach domu. W oddali widać osiedle luksusowych apartamentowców, a po drugiej stronie drapacze chmur, daleko, w centrum Pragi.

Zanim jednak dotrze się do "cywilizowanego świata" trzeba przemierzyć błotniste łąki, złociste pola żyta i opuszczone sady. - Dziś tu gdzie są bloki była kiedyś wieś - dodaje Daša. Rzeczywiście, w drodze powrotnej, tuż obok nowo wybudowanej pętli tramwajowej spotykamy starą kapliczkę ze świątkiem - w podzięce za oczyszczenie morowego powietrza.

Za pasem dzikiej przyrody zaczyna się wielkomiejski gwar, supermarkety i siatka linii tramwajowych. Wystarczy jednak zejść dziesięć metrów niżej by stracić z oczu big city i znów być na swoim odludziu, uroczym zadupiu, przysiółku Prokopskie Udoli.

Taka lokalizacja jest rewelacyjnym kompromisem między całkowitą ucieczką z miasta, a zachowaniem części przywilejów mieszczucha. Przy dobrych wiatrach za pół godziny można być w kinie w samym centrum stolicy, a potem z przyjemnością wrócić ostatnim pociągiem na wiochę. I nie trzeba przy tym przekraczać granic miasta, przemierzać zakorkowanych przedmieści. Luksus.

Kiedyś hodowaliśmy tu kozy - opowiada Kamilka - Dokładniej to je pasaliśmy, karmiliśmy. Na noc wracały do siebie, ale ich właściciel zrezygnował z nas. A szkoda bo fajnie było. Tyle, że się rozłaziły i je po ciemku musieliśmy zaganiać z powrotem.

farbowanieZapada zmierzch. Ćmy jak opętane uderzają w szybę. Ciągną do światła. Za oknem cykają świerszcze, pachnie macierzanką i jakimś krzewem, od którego mnie, wykwit cywilizacji, alergiczkę, kręci w nosie. Z oddali dochodzi szczekanie psa. Jest sennie i leniwie. Padamy ze zmęczenia po całym dniu prób i opracowywania kostiumów.

Zbieramy się z powrotem do domu, do Pragi. Wracamy inną drogą, po kilkunastu minutach słyszymy pierwsze samochody, chwilę potem dochodzimy do nowoczesnego blokowiska. Odwracam się. Nie ma śladu po białym domku. Skrył się między pagórkami, jakby zapadł się pod ziemię. Już wiem czemu czują się tam bezpiecznie. Są schowani przed ludzkim wzrokiem, nikt o nich nie wie. Trzeba wiedzieć żeby tam trafić.

www: Stowarzyszenie Tereza

Agata Jawoszek - czechofilka, tropicielka Półpanków (o tym kiedy indziej), sama ekolożką nie jest, ale się stara, szczerze podziwia, zazdrości i też tak chce.