Tradycyjne wiejskie ogródki
Gosia Kowalska
Tradycyjne ogródki kwiatowe - przyciągające spojrzenie paletą barw, kuszące słodkim, czasem przyprawiającym aż o zawrót głowy zapachem, pełne brzęczących pszczół i kolorowych motyli - jeszcze do niedawna były stałym elementem wiejskiego krajobrazu.
Zakładane najczęściej między drogą a domem tak zwane ogrody frontowe lub przedogródki były wizytówką zaradnej gospodyni. Często stanowiły swoistą tablicę ogłoszeń reklamującą panny na wydaniu albo znak ostrzegawczy - w tym domu panuje choroba! Tam, gdzie mieszkały młode dziewczęta, zazwyczaj sadzono malwy, wrotycz, nagietki, aksamitki. Przy chatach, w których zmagano się z chorobą, obficie rozkrzewiały się zioła służące jako leki oraz czarny bez - posiadający, jak wierzono, moc odpędzania wszelkich boleści i niedomagań.
Historia przydomowego
ogródka wiejskiego jest nierozerwalnie związana z sytuacją
materialną wsi. Z powodów ekonomicznych miał on początkowo
charakter wyłącznie użytkowy. Już od XIII wieku przy chatach
uprawiano warzywa, wśród których królowała kapusta i pożywna
rzepa. Minęło prawie 500 lat, zanim w chłopskich ogrodach
zagościły zioła. Ich moc wykorzystywano na szeroką skalę w
lecznictwie i obrzędach ludowych. Wonnej mięty, sprowadzającej
spokojny sen melisy, kojącego bóle brzucha rumianku czy
gwarantującego miłość wybranka lubczyku nie mogło zabraknąć w
żadnym ogrodzie. Dawniej uprawniano także dużo roślin
przyprawowych. Sypano je hojną ręką do samodzielnie wytwarzanych
serów, kiszonek, szynek lub kiełbas. Prym wiodły kminek,
majeranek, szałwia, tymianek, estragon, cząber i koper.
Dopiero na początku XX wieku obok roślin zielarskich częściej zaczęły pojawiać się w ogródkach kwiaty. Królowały wśród nich dostojne malwy, pogodne nagietki, cieszące oko do późnej jesieni astry, słoneczne rudbekie, wysokie dalie, zwane georginiami, królewskie piwonie, floksy, ostróżki, irysy, mieczyki, lwie paszcze, lewkonie, rezedy, nieodłączny towarzysz każdego płotu - groszek pachnący, cynie, goździki, kosmosy, łubiny, orliki, słoneczniczki oraz lilie.
Jak podaje Henryk
Plessner w swojej publikacji "Wiejski ogród przydomowy",
ogródki różniły się w zależności od regionu: „Na Kurpiach
przeważają geometryczne rabaty lub grządki, w Wielkopolsce często
spotyka się trawnik obwiedziony bukszpanem lub proste dywany
kwiatowe, a w Rzeszowskiem rozpowszechnione są lilie białe jako
główny element grządki lub zgrupowane przy ścianie budynku".
Kwiaty sadzono szczodrą ręką, nie samotnie, ale w tłumnym, wesołym towarzystwie w bujnych kępach lub rzędach. Każda roślina musiała mieć odpowiednią ilość miejsca, aby móc swobodnie się rozrastać i pokazać w całej krasie. Kwiaty kwitły kolejno od wczesnej wiosny po późną jesień, co wymagało od gospodyni dużej wiedzy na temat biologii poszczególnych gatunków oraz dobrego planowania. Często w ogródkach spotykano kwiaty polne - dziewanny, chabry (bławatki), mydlnicę, żywokost i obecnie coraz rzadsze kąkole, które miłośniczki roślin przenosiły do ogrodu prosto z pól.
Rośliny rozmieszczano
według wysokości, aby nie zasłaniały nawzajem swojego piękna -
niższe przed średnimi, a średnie przed najwyższymi. Nie lada
sztukę stanowiło właściwe dobranie kolorów. Rośliny - tworząc
pozorny nieład - przypominały wielobarwną łąkę harmonijnie
wpisującą się w wiejski krajobraz.
Ścieżki zrobione ze
zwykłej, ubitej stopami czarnej ziemi były kwintesencją prostoty,
miały więc w sobie więcej natury niż sztuki. Ogródki grodzono
płotami, plecionymi z leszczynowych lub wiklinowych gałęzi, albo
drewnianymi, niewysokimi sztachetami, przez które dziarsko
wystawiały do słońca swoje twarze słoneczniki, wysokie georginie
czy sielskie malwy. Ogródek miał służyć nie tylko właścicielom,
ale cieszyć swoim wyglądem również sąsiadów i przechodniów.

Dziś dawne, pełne uroku wiejskie ogródki odchodzą w zapomnienie - wraz ze starszymi ludźmi, przede wszystkim kobietami, bo to zwykle ich troskliwe ręce pielęgnowały przydomowe rośliny.
Wieś upodabnia się do miasta. Przy większości domów nie ma już ogrodów, a te nieliczne wyglądają niczym żywcem przeniesione z miejskich przedmieść. Betonowe, szczelne, wysokie płoty nasuwają na myśl raczej nieprzystępne twierdze, a nie miejsca, gdzie mieszkają żywi ludzie. Dawne wiejskie kwiaty zostały wyparte przez zalewające wieś ponure iglaki, obce wiejskiemu krajobrazowi rododendrony i smutne, równiutko przystrzyżone trawniki. Te nowoczesne ogrody o każdej porze roku wyglądają niemal jednakowo, nie budzą ciekawości, nie kryją żadnych tajemnic - są uładzone i oswojone. Tymczasem już w 1918 roku Stanisław Goliński w swoim poradniku Odbudowa polskiej wsi. Wieś wśród ogrodów przestrzegał: „Unikać należy zbyt wyszukanych roślin, co nie pasują do nas, a my do nich".
Przywróćmy wsi jej dawny koloryt i tradycyjny charakter. Wiejskie ogródki, obok regionalnych potraw, strojów i tańców, sztuki ludowej i obyczajów, wpisują się w dziedzictwo kulturowe polskiej wsi. Stare ogródki to często prawdziwa skarbnica dawnych odmian roślin ozdobnych, niedostępnych już w sklepach ogrodniczych. Są one znakomicie przystosowane do lokalnych warunków, odporne na przymrozki i inne kaprysy pogody, niestraszne im szkodniki i choroby.
Różnorodność gatunków
sprawia, że ogródki mają niepowtarzalną wartość przyrodniczą.
Przypominają suto zastawiony stół, do którego tłumnie zlatują
pszczoły, trzmiele, motyle i inne owady zapylające. Ta pełna
dostatku spiżarnia przyciąga też ropuchy, żaby i jaszczurki, dla
których zawsze znajdzie się jakaś przekąska oraz bezpieczne
miejsce odpoczynku.
W czasach, gdy wiejski krajobraz staje się coraz bardziej monotonny, zadrzewienia śródpolne, miedze i niewielkie oczka wodne są niszczone, a w uprawie stosuje się mnóstwo środków chemicznych, wiejski ogródek kwiatowy staje się prawdziwą oazą bioróżnorodności pośród monokulturowych upraw.
Wieś pełna kwiatów zaprasza, kusi, by się w niej zatrzymać, sprawia wrażenie sielskości i przytulności. Przywróćmy swoim miejscowościom tradycyjne ogródki kwiatowe, zdóbmy nimi nasze domy, świetlice, miejscowe szkoły, kościoły, kapliczki. Wymieniajmy się nawzajem nasionami i sadzonkami. Odnówmy kontakty z sąsiadami, zwłaszcza tymi starszymi, u których wciąż jeszcze można znaleźć stare lokalne odmiany.
Uratujmy ginące piękno, twórzmy wsie - kwitnące ogrody.

2012-01-20, 09:20