Wieś? - to sielskie krajobrazy
"Zuzanna po drugiej stronie lustra" - Magda Hojak-Pałęza
Zuzanna przed przenosinami na wieś, trwając w fazie weekendowego upajania się pięknem krajobrazu wśród którego miała niebawem zamieszkać, nie miała pojęcia jak wiele zagrożeń czyha na ten element jej domku z kart.
Rzeczywistość dopadła ją szybko -
miesiąc po przeprowadzce. Wspomina ten Pierwszy Styczeń na Wsi jako naprawdę
beztroski czas.
Było tak bajkowo - zaśnieżone,
wybielone połacie pól, łąk. Sąsiednie wioski majaczące gdzieś kolorem na
horyzoncie przy słonecznej zimowej pogodzie. Kiedy udało się dogadać z sąsiadem
przeniesienie parującej, codziennie uzupełnianej sterty obornika na odległą
część jego działki wydawało się, że to
już wszystko, czego do pełni szczęścia brakować mogło.
Pewność Zuzanny miała solidne
podstawy - przyjrzała się bowiem urzędowym dokumentom w zakresie
zagospodarowania przestrzeni dotyczącym okolicy. Zbyt ważna to była inwestycja,
żeby zlekceważyć nauki płynące z internetowych forów i czasopism budowlanych -
wytrząsnęła więc kota z worka i przyjrzała mu się w pełnym świetle. Wyszło
pozytywnie: gdzie okiem sięgnąć ziemia rolna. Zapakowała kota do worka na
powrót, zadowolona, że udało się jej wyciągnąć wnioski z błędów innych. Ot,
sprytne babsko, wyedukowane, zorientowane.
Panowie wykonujący kontrolne odwierty złoża pod kopalnię kruszywa na działce sąsiadującej z działką Zuzanny (przez polną drogę) szybko i na dość długo wybili jej dobre samopoczucie z głowy. 20 hektarów odkrywki (czyli całkowitego zniszczenia krajobrazu i nie tylko ) zwyczajnie materializowało się Zuzannie pod oknem w majestacie prawa. Bo żwir jest potrzebny ludziom. Bo pieniądze są potrzebne samorządowi lokalnemu. Bo praca jest potrzebna bezrobotnym. Bo drogi dla kibiców futbolu trzeba budować. Zuzanna nigdy nie rozumiała fenomenu piłki nożnej. Nie chciała cierpieć (nawet) za miliony. Nie rozumiała też jak to możliwe, żeby kilkanaście osób będących lokalną władzą, których nie znała i którym była całkiem obojętna mogło zupełnie legalnie decydować o tym, jak ma wyglądać świat, który wybrała na swoje miejsce w życiu. Czas płynął, Zuzannie przybywało siwych włosów, ale piękne pagórki szczęśliwie dalej porastało nieopłacalne zboże.
Nic nie jest dane nam raz na
zawsze. Krajobraz również. Zuzanna zdawała sobie oczywiście sprawę, że czas,
katastrofa, zmiany klimatu, nieodpowiednia kultura użytkowania, planowane,
zgodne ze strategiami i przepisami działania i tysiące innych rzeczy może
mieć wpływ na przekształcanie przestrzeni. W najgorszych jednak snach nie
przypuszczała, że czarny scenariusz, który nie przyszedł jej nawet na myśl to tak
naprawdę codzienna praktyka urzędowa - istniejące plany to coś, co dość
swobodnie daje się zmieniać, jak puzzle, które dają się dowolnie zamieniać
miejscami w dowolnym momencie, bo i tak nie jest ani ważne, ani nawet nie jest wiadome,
jaki obrazek w końcowym efekcie mają tworzyć.
Zuzannę zupełnie nie zdziwiło, że sterta sąsiedzkiego obornika nigdy nie zmieniła swojego położenia. Jednak znikające pod piłą drzewa w pobliskim starym czereśniowo-jabłkowym sadzie podziałały jak kolejny sygnał ostrzegawczy. Lecz sad kwitł dalej, jak co rok. I tylko w głowie Zuzannie powoli, lecz uparcie kiełkowała myśl, że coś się nie zgadza, bo przecież nie chciała żyć stale walcząc. Że miało być spokojnie i ładnie. Że chyba dlatego wiele osób w być może zupełnie nieuświadomionym odruchu ochrony zdrowia psychicznego zafundowało sobie wysokie betonowe ogrodzenia posesji. Mogli przynajmniej bez stresu na nie spoglądać, beton to zawsze beton, żadnych wzruszeń, ale i żadnych niespodzianek. Stabilizacja.
Wszystko płynie. Za rok czy dwa ze swoich okien Zuzanna będzie mogła obserwować dziesiątki światełek na masztach turbin elektrowni wiatrowych zamiast ptasich migracji. I tym razem będzie próbowała wierzyć, że tak trzeba, że uratowanie Ziemi wymaga od niej takich poświęceń, że właściwie nic się nie stanie. Bo Zuzanna wbrew pozorom nigdy nie była typem Siłaczki, Ślimaka, Konrada, Wandy, nie dla niej styropian. Chciała tylko wsi anielskiej.
