Wieś? - to tu

"Zuzanna po drugiej stronie lustra" - Magda Hojak-Pałęza

Historia Zuzanny to historia jakich wiele. Scenariusz, jaki marzy się pewnie kilku z nas, inni na jej dźwięk wzruszą ramionami, ot po prostu odwieczna opowieść o tym skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy.

Zuzanna od początku życia napotykała wieś. Wczesne dzieciństwo spędziła w wiejskim domu dziadków wylegując się (lub dla odmiany wrzeszcząc) w wiklinowym koszu na pranie z potrzeby chwili przekształconym w dziecinne łóżeczko. Później przyszły weekendowe, cotygodniowe odwiedziny i wakacje letnie. Kiedy już dziadków i ich domu zabrakło, Zuzanna jakoś mimochodem trafiała w miejsca dalekie od miast, choćby podczas urlopów. Wreszcie, przyszedł czas na własny kawałek podłogi. Na wsi.

młoda kozaWieś - bo cisza i spokój, bez zgiełku. Bo nikt się nie spieszy. Bo za oknem i za progiem zieleń, ptaki, zwierzaki na wyciągnięcie ręki. Bo nie śmierdzą spaliny, kiedy oddychasz. Bo dzieciaki mogą wyjść z domu i pognać na rowerze przed siebie niekoniecznie pod strażą dorosłych. Bo nocą widać naprawdę wszystkie gwiazdy. Znalazło się tysiące powodów w terminologii psychologicznej określanych jako „miękkie".

Był jeszcze jeden, tym razem z kategorii „twardych" konkretów - ziemia na wsi, tej prawdziwej, dalekiej od Naprawdę Dużego Miasta i właściwie jakiegokolwiek Miasta była w cenie, jaką budżet Zuzanny mógł znieść bez większych wyrzeczeń.

Zuzanna do dziś jest przekonana, że ziemia, którą kupiła po prostu ją wybrała. Ziemia Zuzannę, nie odwrotnie. Obejrzała wiele miejsc, z których zapamiętała właściwie dwa - jedno było cudne, ale niestety z perspektywą drogi expresowej mającej powstać w pobliżu, drugie dość ładne i zupełnie bez perspektyw - ale zbyt duże. Po jakimś czasie gospodarz-właściciel tej zbyt dużej działki sam zadzwonił do Zuzanny z ofertą innej, mniejszej, jak się okazało jeszcze atrakcyjniejszej i tak się zaczęło.

WierzbaKoniec końców Zuzanna stała się właścicielką sporego pola uprawianego pszenicą, stawu, łąki i kilku chopinowskich garbatych wierzb. Niezłej wyobraźni trzeba było, aby zobaczyć jasny dom pod skośnym czerwonym dachem na małym wzniesieniu w samym środku zbożowego łanu. Zostawiała samochód na polnej drodze i szła przez pole i przed siebie, dziś jeszcze pamięta smak gigantycznych i ciepłych słońcem jabłek antonówek zbieranych pod płotem sąsiada. Jeszcze wówczas druga strona lustra miała zwodniczy, bo idealnie uwodzicielski smak odnalezionego dzieciństwa, wiecznych wakacji, odmiany i nadziei na lepsze.

Rodzina i znajomi wprawdzie nie demonstrowali otwarcie swojego zdania w sprawie emigracji Zuzanny na wieś, ale z ich powściągliwego zachowania można było się domyślić, że gdyby nie wpojone kanony savoir vivre'u z chęcią pukaliby się w czoło. Nieważne.

A więc dom. Formalności, procedury, czekanie, czekanie, czekanie. Wybór za wyborem. Ekipy budowlane, decyzje mniejsze i większe. Czas. Pieniądze. Kolejna wiosna jeszcze w mieście.

Aż przyszedł moment kiedy z ulgą zapakowała ostatnie pudła z książkami do auta, a klucze do mieszkania oddała kolejnym właścicielom.

Rozstanie z miastem było łatwe. Tym łatwiejsze, że grudniowa pora nie nastraja sentymentalnie do niczego oprócz choinki ze wspomnień. Wieś nie witała Zuzanny transparentem ani kwiatami. Nie łasiła się. Zimowe błoto osaczyło samochód, ale dał radę mimo, że nie był „terenówką". Tak mimochodem rozpoczęła się wielka konfrontacja wyobrażeń i realiów, o której następnym razem, jeśli się wydarzy...