Wieś? – to bliskość bliźniego
"Zuzanna po drugiej stronie lustra" - Magda Hojak-Pałęza
Zuzanna od razu poczuła swego rodzaju sympatię do współmieszkańców osady, w której położony był jej kawałek ziemi na Ziemi.
Wystarczającym powodem był
wspólny los prowincjonalny, a może nawet coś w rodzaju wdzięczności za to, że
ma do kogo dołączyć. Po długim czasie anonimowości i obojętności społecznej
nieodłącznych w ofercie blokowisk (całkiem gratis) marzyła o pogawędkach z
sąsiadami na przyzbie, przy płocie, choćby o pogodzie, choćby o marchewce, czy
choćby o niczym.
A właściwie raczej o niczym niż o tym, kto w tym tygodniu nie
posprzątał klatki schodowej i u kogo w nocy była policja w trakcie zbyt głośnej
imprezy. Ot, tak jak człowiek z człowiekiem pogawędzić mógłby bez żadnych
zobowiązań.
Rozmowy i uczciwe postępowanie stanowiły dla Zuzanny podstawę jej relacji z nowym światem. Sklepowa w najbliższym spożywczym jawiła się jej jak dobra wróżka, która szczerze podpowie, który chleb świeży a kiełbasa smaczna, bo jak tu nie dbać o klienta, którego zna się z imienia, jak mu następnego dnia spojrzeć w oczy, gdyby coś było nie tak ...
Pragnienia Zuzanny, choć
niewątpliwie naturalne, czyste i zrozumiałe nie były jednak tak oczywiste w
realizacji jak się zdawało. Założenie, że mniejsza gęstość zaludnienia oznacza
łatwiejszy i zindywidualizowany codzienny kontakt wzajemny okazało się w
najlepszym wypadku jedynie w części prawdziwe.
Ludzie na wsi nie ustępują
mieszczuchom w kwestii poczucia własnego terytorium, które należy chronić, by
ono chroniło ich, kiedy trzeba i nie trzeba zgodnie z maksymą wyspiarską „my
home is my castle". Wszak nie od parady polska prowincja to płoty, ogrodzenia,
płoty... Pewien amerykański znajomy Zuzanny najbardziej zadziwiony był fenomenem
ogradzania się przez każdego i wszędzie jak Polska długa i szeroka.
Pierwsze spotkania Zuzanny z
sąsiadami powodowane były z ich strony - ciekawością, ze strony Zuzanny
interesem - pożyczyć, kupić, załatwić, dowiedzieć się czegoś konkretnego. Nie
były zbyt częste, bo i czasu na nie nie było nigdy zbyt wiele, a odmienność
trybów życia rolników i robotnicy najemnej komplikowała to jeszcze bardziej.
Zdarzały się okresy, szczególnie pomiędzy listopadem i marcem, gdy zdarzało się
jej nie widywać sąsiada z działki obok przez wiele tygodni pod rząd.
Paradoksalnie znacznie rzadziej niż sąsiadów z bloku. Wyjeżdżając rano do pracy
i wracając wieczorem nie łapała się na okazje typu przedpołudniowe zakupy w
sklepie, spacery z dzieciakami czy prace w ogródku. Najłatwiej było im nie
rozminąć się w soboty - dla niej już dzień wolny, dla nich jeszcze roboczy.
Poza przeszkodami technicznymi była
obca. Przenosząc się nie dość, że z wielkiego miasta, to jeszcze w miejsce,
gdzie nie miała żadnych korzeni czy historii musiała budzić w ludziach rezerwę.
Dlatego, że to do miast się ucieka ze wsi, a nie odwrotnie. Dobrowolna ucieczka
z miasta jest podejrzana, bo nierozsądna. Gdyby jeszcze te przenosiny dało się
uzasadnić rodzinnymi związkami z miejscem, ale gdzie tam, nikt tu nie znał ani
Zuzanny, ani jej rodziców, ani innych krewnych, nie dostała działki w spadku.
A
więc w obce miejsce - podwójnie nierozsądne. Po co sobie życie utrudniać brakiem
koneksji? Po co zaczynać wszystko od nowa? Za dużo pytań bez odpowiedzi, przynajmniej bez takich, jakie sąsiedzi
byliby gotowi zaakceptować. Z nierozsądnymi osobami generalnie lepiej się nie
spoufalać, nie wiadomo, jakie kłopoty mogą z tego wyniknąć. Ale przyglądać się
nie zawadzi.
Zuzannę zadziwiało, że pomimo to (a może przewrotnie właśnie dlatego) w zasadzie każdy w okolicy kojarzył ją i jej dzieciaki, niekoniecznie z nazwiska, ale włącznie z miejscem zamieszkania i innymi detalami. Mieli przewagę - ona jedna, ich wielu. Dziś pozdrawiają się na powitanie, wymieniają grzeczności, przywykli do jej obecności w krajobrazie. Nie znaczy to jednak wcale, że przestała być obca. Ta obcość nie jest jednak wyobcowaniem, została oswojona. I doskonale spełnia zadanie wirtualnego ogrodzenia wiejskiego terytorium Zuzanny.
