Wieś? - to czas
"Zuzanna po drugiej stronie lustra" - Magda Hojak-Pałęza
Zuzanna miała swój plan na wieś. Ten plan dawał jej zupełnie podświadomie dodatkową siłę, aby czasem powoli, ale jednak skutecznie i stale toczyć sprawy w wytyczonym kierunku.
Tak jak niegdyś wszyscy
poszukiwacze skarbów toczyli swoje życiorysy ku upragnionemu Eldorado, tak ona
nie rozglądając się na boki, bez chwili wahania i krytycznego spojrzenia,
całkowicie ignorując te odruchy u innych ludzi zmierzała ku wybranej wsi.
Plan był wprost prostacki -
wyobrażała sobie, że po przeprowadzce na wieś będzie wstawać o świcie
rozśpiewanym ptakami, spacerować do śniadania wśród pól, przy stole nakrytym
lnianym obrusem ze spokojem rozkoszować się samodzielnie upieczonym chlebem z
masłem, jajkami, mlekiem i białym serem wyprodukowanym przez wiejskich
sąsiadów, potem jakaś praca ogrodowo-zewnętrzna, z równym spokojem co śniadanie
przygotowanie obiadu na porę południową, trochę lenistwa na hamaku, koniecznie
podwieczorek ze świeżym ciastem z owocami i pachnącą, świeżo zmieloną kawą w
miłym towarzystwie, prace domowe i wreszcie kolacja wieńcząca dzień przed
wieczornym łóżkowym czytelnictwem.
Trudno powiedzieć skąd brały się te
imaginacje. Chociaż może przewrotnie raczej dość łatwo. Wszystko to była cudowna
mieszanina projekcji rodem z powieści i filmów oddających atmosferę życia
wiejskich dworów i szlacheckich posiadłości z przełomu XIX i XX stulecia,
własnych wspomnień z dzieciństwa, które toczyło się pomiędzy małym miasteczkiem
a stuletnim wiejskim domem dziadków, wreszcie zaś nadziei na odmianę, na ucieczkę
od wiecznej gonitwy dorosłości, która kojarzyła się Zuzannie nieodłącznie z
życiem w wielkim mieście, bo tam właśnie ją dopadła.
Zuzanna uwielbiała wprost wakacyjne stawianie hierarchii ważności codziennych czynności na głowie. Dobrze się czuła, kiedy najważniejszymi rzeczami na świecie były pogoda, suche ubrania, upolowanie w sklepie czegoś do jedzenia, gotowanie, mycie naczyń, kąpiel w jeziorze, rozmowa z napotkanym człowiekiem, drewno na ognisko, miły wieczór pod gwiazdami i ciepły koc. I kiedy nic nie odwracało jej uwagi od tych rzeczy najważniejszych, więc zwyczajnie był na nie wszystkie czas.
Jako, że życie ma tę przewagę nad
nami, że weryfikuje marzenia pozwalając (na szczęście) większości z nich
marzeniami właśnie pozostać Zuzanna nie trwała zbyt długo w swych złudzeniach.
Będąc nowoczesną wersją chłoporobotnicy nie mogła tak naprawdę liczyć ani na
osiadły i stabilny tryb życia, ani na to, że będzie miała czas na wszystko, na
co przyjdzie ochota, na leniwie płynący na prostych, podstawowych zajęciach
dzień czy też na definitywne rozstanie z terminarzem. Ranek to gonitwa, by
zdążyć dojechać do oddalonej o kilkanaście kilometrów pracy w mieście zaliczając
po drodze przedszkole i szkołę, po 8 godzinach powrót przez przedszkole, sklep,
obiad, szybkie zadbanie o dzieciaki i dom przed wieczorem, obiad na jutro i
skok do łóżka w nieprzytomność. Czekanie na weekendy i niezobowiązujące święta.
Ogródek zarósł chwastami po pierwszym roku ambitnego użytkowania, tarasu i
mebli ogrodowych jak nie było, tak nie ma do dziś, bo i kiedy niby z nich
korzystać. Trawnik nie doczekał się regularnej pielęgnacji, drzewa owocowe (z
paroma wyjątkami) cięć pielęgnacyjnych i takich oczekujących na lepsze czasy
zebrałaby się długa kolejka. Zuzanna doszła jednak do zbawiennego i
perspektywicznego wniosku, że jeszcze nic straconego, że jeśli nie teraz, to w
końcu kiedyś przyjdzie czas na emeryturę i może wtedy się uda mieć czas i
zwykłe egzystencjalne niewydumane problemy, żyć wolniej i w sensie tempa i w sensie
swobody od protez rzeczywistości, jakie sobie nałożyła.
Tymczasem - dla zachowania równowagi i odpowiedniego dystansu do swoich spraw - wychodziła częściej przed dom popatrzeć w niebo obwieszone gwiazdami, powąchać wieczorne powietrze i posłuchać szumów, szelestów i głosów nocnego życia rozmaitych stworzeń. Nawet nie musiała zamykać oczu, by dać się ponieść. W porze niczyjej, kiedy należała tylko do siebie, było zazwyczaj już zupełnie ciemno.
