Wieś? - to dzika zwierzyna na co dzień
"Zuzanna po drugiej stronie lustra" - Magda Hojak-Pałęza
W samym środku lutego Zuzanna podczas spaceru zobaczyła parę bocianią sterczącą pośrodku oziminy, nie należąc do osób specjalnie przesądnych starała się im jednak zbytnio nie przyglądać. Trójka dzieci wystarczająco zapełniała jej codzienność.
Tydzień później przy przycinaniu jabłonki w sadzie myśli o zwierzynie nie dały się już tak łatwo zignorować. Klucze gęsi na podniebnym skrzyżowaniu i ptasi gwar w zaroślach to niewątpliwie znak, że wiosna.
W ramach
wiosenno-jesiennych rytuałów bawiła się co roku z
dzieciakami doskonale w zgadulę : kto pierwszy znajdzie klucz na
niebie, bo gęganie stada niosło się znacznie szybciej niż jego
obraz. Obserwacje podczas wielkich przelotów to zupełnie
tajemniczy temat - przychodziły nagle takie tygodnie, że bez
początku i bez końca leciały setki gęsi, kaczek, łabędzie,
bociany.
Leciały czasem wysoko, czasem tak nisko, że patrząc z
okna dachowego wydawało się, że wystarczy rękę wyciągnąć,
żeby pogłaskać je po pierzastych brzuszkach. Momentami bywało aż
czarno od ptaków - w miastach podobnie wyglądają jedynie
przeloty tzw. wron ze śmietniska na nocleg w parku i odwrotnie...
Zuzanna miała to
szczęście, że na łące za domem tak po prostu i zwyczajnie
przechadzały się żurawie i sarny, w stawie czujnie polowała
czapla, w starych stodołach gnieździły się krzykliwe sójki,
nietoperze wirujące o zmroku wokół domu, nie wspominając
już nawet o reszcie ptasiego drobiazgu - wróblach,
mazurkach, dzwońcach, kosach, szpakach, gąsiorkach z czarną brewką
czy rudzikach. Zdarzyła się również wilga i dudek !
Właśnie
wiosną w śródpolnych rozlewiskach koczowały w ramach
noclegowni stada ptaków, które trudno było Zuzannie (
nawet przy pomocy kilku specjalistycznych atlasów, w które
się zapobiegliwie zaopatrzyła jeszcze przed przeprowadzką)
rozpoznać - brodzące, o długich nogach, niesamowite - jakby
flamingi Europy Wschodniej zwanej dumnie Środkową.
To tu zobaczyła jak duży jest naprawdę borsuk, jak piękna jaszczurka. Lis zaglądający po zmroku do domu przez okno tarasowe jak kot - to była nowa i frapująca teraźniejszość.
Ale przyroda to oprócz zachwytów opartych na miłych dla zmysłów fragmentach rzeczywistości nieodłącznie walka o przetrwanie, która na początku wydała się Zuzannie mniej możliwa do włączenia do katalogu zalet wiejskiego zamieszkania. Co innego przyrodniczy film dokumentalny z życia dajmy na to lwów afrykańskich, doświadczenia osobiste okazały się bardziej wymagające.
Kiedy niezdarne jeszcze pisklęta wróbli zaczęły wypadać z gniazd (w rynnach) prosto w paszcze wiecznie polujących kotów, kiedy gołąb czy nieostrożny kotek sąsiada padał łupem jastrzębia wręcz na podwórku, a po włóczącej się kurze czy moczącej kuper kaczuszce pozostawała tylko kupka piór w zaroślach, kiedy sama wróciła kiedyś z podróży z rudzikiem nabitym na hak do mocowania linki holowniczej auta zrozumiała, że tak po prostu być musi i że to tylko ludzki umysł nadaje tym zdarzeniom cechy „okrucieństwa". Okrucieństwo jest domeną ludzi, przenoszenie go na inne byty jest oczywistym nadużyciem i zwyczajną personifikacją, zaś kodowaniem tego nawyku od dzieciństwa nagminnie zajmują się w naszym świecie... kreskówki.
Kontakt z „dzikością"
ma bez wątpienia swoją cenę, postrzeganie jej wysokości to rzecz
wysoce subiektywna. Ptaki gnieżdżące się uparcie w rynnach
zatykają je totalnie słomą, trawą, czymkolwiek - niedrożne i
oberwane od nadmiaru wody rynny - to raz. Dziki ryjące w
poszukiwaniu pożywienia w sadzie i na łące, na polach - trawa i
uprawy rolnicze wywrócone dosłownie „do góry
nogami" - to dwa. Stada gęsi żerujące w przelotach na uprawach
rolnych jak szarańcza - to trzy. Szpaki bezlitośnie objadające w
kilka dni wszystkie czereśnie w sadzie - cztery. Wróble
masowo zdobiące płot i wszelkie meble ogrodowe swoimi odchodami
podczas wielogodzinnego stadnego przesiadywania - pięć. Myszy
wałęsające się po domu (i domownikach) - sześć. Krety z
upodobaniem wyglądające na świat akurat na trawniku czy grządce -
siedem. Czapla do spółki z wydrą trzebiące ryby w stawie -
osiem. Lis wynoszący z kurnika co tylko się da - dziewięć.
Meszki i komary nie dające żyć - dziesięć.
Ot, bezdenna
wyliczanka ...
