Wieś? - to zwierzyna (przy)domowa, (przy)musowa

"Zuzanna po drugiej stronie lustra" - Magda Hojak-Pałęza

Zuzanna przywykła już do zdziwienia znajomych faktem, że pomimo tzw. „sprzyjających warunków” nie stała się po przeprowadzce na wieś automatyczną posiadaczką psa czy jakiegokolwiek innego udomowionego zwierzaka. Argumentacja powyższego niechęcią do opiekowania się wiecznym trzylatkiem, jakim jest każdy pies, czy kot nie do końca trafiała ludziom do przekonania…

Kotom i psom należy się osobny rozdział choćby z tego względu, że to nieodłączne elementy wiejskiego życia Zuzanny. Paradoksalnie, bo przecież nigdy nie należały do niej. W tej sytuacji nasuwa się od razu myśl, że to ona od początku musiała należeć do nich. Trzeciego wyjścia nie ma, bo to koegzystencja nacechowana zdecydowaniekot emocjonalnie.

Na początek - koty marcowe. Ufne tylko na tyle, by nie pogardzić pełną miską smaczności. Chodzące, jak to koty - dosłownie i w przenośni własnymi ścieżkami, nawet, jeśli te ścieżki wiodą akurat przez środek stołu zastawionego dla gości na tarasie. Każdy z nich inny, każdy ze swoją historią i własnym zdaniem. Szacunek Zuzanny dla kotów sąsiedzkich wynikł przede wszystkim z ich doskonale pełnionej funkcji straszaków na wszelkiego rodzaju gryzonie. W domu Zuzanny nigdy nie zagościła mysz, pomimo braku jakichkolwiek tradycyjnych środków zapobiegawczych. Na samo zresztą wspomnienie dziadkowych metod łapania myszy np. konstrukcji w postaci wiadra z wodą, postawionego obok krzesła oraz łączącego je noża, na którego czubku znajdującym się nad wodą sterczał nabity kawałeczek słoninki, robiło jej się metalowo chłodno w brzuchu. Opowieści znajomych o doświadczeniach typu „mysz przebiegająca podczas snu po twarzy" dodawały temu chłodowi dreszczyku obrzydzenia. Koty wiecznie patrolujące najbliższe okolice domu były dla Zuzanny wybawieniem z trudnej sytuacji zanim ona w ogóle zaistniała, co było najpiękniejsze.

Wybaczała im wszystko, a znalazłoby się tego trochę: każdy piaszczysty kawałek ziemi, czy co ładniejszy trawnik przerabiały na swoją toaletę, grzebały w świeżo skopanych grządkach, donicach i pod drzewami, potrafiły wpaść do kuchni i przywłaszczyć sobie mięso mające stać się obiadem, pozostawienie czegokolwiek spożywczego na stole na zewnątrz (szczególnie zaśkot śmietanki do kawy) bez opieki człowieka groziło katastrofą, znosiły pod drzwi domu wszelakie ofiary swoich łowów - myszy, ptaki, szczury, jaszczurki (to wybaczyć było trudno, bo jaszczurki są wyjątkowo piękne), oznaczyły moczem jedną ze ścian przy wejściu do domu, darły się niemiłosiernie i darły z sobą nawzajem koty. Dla części kocich upierdliwości rozwiązaniem były tzw. „przejściówki" - przykrywanie nieużywanej piaskownicy, zamykanie drzwi tarasowych czy antykocie miejscowe opryski, inne trzeba było zaakceptować.

Kocia ekipa zmieniała się z czasem, ale każdy kot miał w niej swoje miejsce i z niemal każdym łączyła Zuzannę jakaś wspólna historyjka, żaden nie odchodził niezauważony. Franek - kot olbrzym, chodził zawsze przy nodze jak pies i nieustannie miauczał jak pozytywka. Czarny miał zwyczaj siadywania na rączce od taczki jak akrobata, jako kociak w środku zimy zaszedł tak daleko z dzieciakami w zaspach, że Zuzanna musiała przynieść go do domu w kieszeni kurtki, bo nie miał sił wrócić, po nim pierwszym płakała, kiedy zniknął na dobre. Przybłęda Mały był tak zawszawiony, że akcja doprowadzania go do porządku trwała pół dnia, po czym nazajutrz zgłosili się jego właściciele. Biała Kotka oszczeniła się w piękny majowy poranek po prostu na górce za domem Zuzanny. Szara Kotka jako pierwsza przyprowadziła swoje przewracające się jeszcze maluchy na podwórko Zuzanny i tak już zostały. Bezogonek stracił pół ogona w psim pysku podczas świetnej zabawy. Czarny 2 pojawił się w jednym z miotów jak nagła reinkarnacja Czarnego. Te wzajemne relacje pozwalały na utrzymanie względnej równowagi układu Zuzanna-koty.

Psów nie darzyła estymą. Przez psie kupy na podeszwach butów, znaczenie terenu niszczące drzewka, szczekanie z byle powodu i nocne wycie, wbieganie pod koła samochodu czy „podganianie" rowerzystów, wałęsanie się po okolicy i ślepą miłość do właściciela...