Wieś? - to życie blisko natury
"Zuzanna po drugiej stronie lustra" - Magda Hojak-Pałęza
Zuzanna kwietniową porą roku najbardziej odczuwała tzw. piękno natury. Banalny fakt. Wiosenna odmiana nagich drzew, sterczących badyli, wyleniałego trawnika w festiwalową i codziennie nową scenografię była urzekająca, tym bardziej, że stawała się bez udziału czynnika ludzkiego.
Co więcej, im było go mniej, tym lepsze efekty estetyczne osiągała samodzielna przyroda.
W sprawach roślinności
okołodomowej Zuzanna była z przekonania (oraz nie da się ukryć, że również z
lenistwa) naturalistką. Stając się właścicielką zaniedbanego starego sadu,
który otaczał dom od północy zupełnie nie martwiła się o zabiegi pielęgnacyjne
czy szkodnikobójcze dla dobra plonów owocowych.
Zabiegi te - pomijając ich
kosztowność lub czasochłonność - zdecydowanie przyczyniały się przecież w
mniemaniu Zuzanny do zmniejszenia ilości kwiatów, a to one właśnie stanowiły o
uroku widoku z okna jadalni i tarasu - białe czereśniowe, po nich różowawe
jabłoniowe, a wszystko to na tle fioletowych bzowych zarośli z dodatkiem
słowika.
Nic, tylko zasiąść rankiem i patrzeć i wąchać i słuchać do wieczora.
Niestety nasze prawo pracy jeszcze nie przewidziało wiosennych urlopów
regeneracyjnych... Mniej kwiatów to mniej przestrzeni dla pszczół i trzmieli.
Zabiegi chemiczne to mniej tych pożytecznych owadów (kto by brzęczał ?), a
owoce choć piękne to w sumie tak samo niepewne zdrowotnie jak te z
supermarketu.
Kiedy podczas cięcia gałęzi
ogłowionych jeszcze zimą prastarych
wierzb chopinowskich znad stawu jedna z nich zawieruszyła się gdzieś
niezauważalnie w trawniku i wiosną była już sporym, zielonym krzaczkiem rosnącym
w miejscu, gdzie w zasadzie nie było przewidziane żadne drzewo, to już tak
zostało. Bo skoro zadała sobie tyle trudu, by się zakorzenić, to chamstwem w
pojęciu Zuzanny byłoby ją usuwać.
Ilość „dziczków" owocowych, krzewów głogu,
małych dębów zasianych przez sójki w niemiłosiernie zarośniętym sadzie przyprawiła
o zawrót głowy pracowników jedynej firmy ogrodniczej, jaka zdecydowała się w
ogóle pojawić na włościach u Zuzanny (każdy miewa chwile słabości). Kiedy
okazało się, że w zasadzie to one wszystkie powinny zostać na swoich miejscach
panowie jeszcze bardziej ochoczo zapakowali się na powrót do auta i odjechali,
aby nigdy nie powrócić.
Od strony wschodniej dom Zuzanny opierał się o młody lasek - modrzewie, brzozy, sosny, niektóre wyższe już od budynku, zieleniły się wprawdzie pięknie, ale i podstępnie pyliły. Dzieciaki Zuzanny stały się chodzącymi (a może raczej biegającymi - bo w tym wieku chód nie jest akceptowany, jako metoda poruszania się) dowodami, na to, że na alergię czasem trzeba wręcz zasłużyć i zapracować - po pierwsze: otaczając się nieświadomie nieodpowiednimi roślinami na własne życzenie i na lata, a po drugie: wynosząc się z miejsc, gdzie właściwie nie ma już co pylić, w takie, gdzie pyli jeszcze dokładnie wszystko, włącznie ze sztachetami w płocie. Ale tym samym dzieciom truskawki, poziomki i borówki prosto z osłonecznionego krzaka smakowały nad wyraz i nie powodowały żadnych negatywnych reakcji organizmu, więc można swobodnie przyjąć, że następował swego rodzaju holistyczny remis.
Od strony południowo - zachodniej
krajobraz od dawna był już w żółtej tonacji - najpierw podbiały (żółte wbrew
nazwie), potem popularne dmuchawce brały w posiadanie łąki, rzepak zaś pola
uprawne, no i pozostawało czekanie na kaczeńce i lucernę, by do ostatka nasycić
oczy kolorem, który w słoneczne dni nabierał intensywności nie do zniesienia.
Podbiał na uporczywy kaszel, mniszek lekarski na wszystko (500 kwiatów zalać
litrem wody, gotować z cytryną pokrojoną w plastry... itd.), olej rzepakowy
odkryty dla zdrowego żywienia na nowo... Żółte górą.
Nic nie było natomiast w stanie przekonać Zuzanny, że uniwersalna, choć niedoceniana pokrzywa jest takim samym zielskiem jak oset i perz, co do których wybiórczo i metodycznie odstępowała od swojej naturalistycznej ideologii tępiąc jak tylko można. Na próżno.

2009-12-06, 17:47