Zwyczaje, obrzędy, tradycje

Zebrał: Michał Chomiuk

Jeśli chodzi o obrzędowość świąteczną naszych stron, to do najważniejszych zwyczajów tej kategorii, należą oczywiście różne rodzaje kolędowania.

Kolędowanie, czyli składanie sobie życzeń świątecznych, związanych z celebracją danego wydarzenia w ciągu roku obrzędowego było niegdyś niezwykle żywym, barwnym, różnorodnym elementem tradycji regionu.

Kolędowano na wiele sposobów, zależnie od tego, czy była to wiosna (czas wielkanocny), czy też zima (okolice Bożego Narodzenia, Trzech Króli i Nowego Roku). Różne były grupy kolędnicze i różne zadania tych grup.

Jedne miały za zadanie wzmacniać więzi społeczne poprzez składanie życzeń, odwiedziny, itp. Inne skłaniały się bardziej ku obrzędowości związanej z cyklami wciąż zmieniającej się, zamierającej i odradzającej przyrody. To znów odgrywaniem widowisk i spektakli o podłożu, bądź religijnym, bądź humorystyczno – zabawowym.

W okresie Bożego Narodzenia najbardziej znanym przedstawieniem kolędniczym były tak zwane Herody – spektakl przedstawiający historię wymordowania dzieci betlejemskich na rozkaz żydowskiego króla Heroda, a później jego śmierć.

W Herodach brało udział dziewięć osób. Występowały w nich następujące postacie: król Herod, syn królewski, feldmarszałek, dwóch strażników – żołnierzy, rabin – Żyd, diabeł, anioł i śmierć.

Na początku wchodził do mieszkania marszałek i pytał się, czy można wejść z królem Herodem. Jeśli uzyskał pozwolenie, to wszyscy wchodzili, ustawiali się, a król Herod siadał na środku izby i przedstawienie rozpoczynało się.

Po odśpiewaniu kolędy „Narodził się w stajni...”, następowała scena rozmowy króla Heroda ze swoim synem. Syn dopytuje się króla, dlaczego ten jest tak okrutnym władcą i takie krwawe sprawuje rządy. Przepowiada ojcu śmierć i upadek.

Król na wieść feldmarszałka o tym, że narodził się w Betlejem Jezus, który zostanie królem żydowskim i będzie panował także nad Herodem, postanawia wybić w Betlejem wszystkie dzieci. Wśród tych dzieci ma być także i syn królewski. Po dokonaniu rzezi dzieciątek, feldmarszałek przynosi na szabli szmacianą główkę, która ma symbolizować głowę królewskiego syna.

Król na widok głowy swego syna i na wieść tego, że wszystkie dzieci w Betlejem zabite, odchodzi od zmysłów. Dopada go przerażenie nad tym, co sam rozkazał uczynić. Woła rabina, którego wypytuje o wiele rzeczy dotyczących znaków, jakie uczeni w piśmie mieli odnośnie narodzin Chrystusa.

Wypytywanie to jest pełne humoru i śmiesznych rymowanek. Zresztą, w wielu miejscach Herodów satyra jest bardzo ważnym elementem. Gdy król zapytuje się rabina, jak wyglądało poszczenie, któremu się oddawał i co jadł, to ten mu odpowiadał:
„Kluski z mydłem, groch z powidłem, szczupak drewniany, octem przyprawiany, pół kopa śledzi, pośladek niedźwiedzi, zajunca sadło, to tak się jadło”.

Rabin zagląda do swej księgi i mówi: „Do tego szanownego byka” – to jest do króla, że Jezus narodził się w szopie w Betlejem. Żyd dopytuje się króla z pretensjami, za co ten kazał zamordować jego syna Abramka. A król każe zakuć go w kajdanki.

Później następuje śpiewanie pieśni zwiastujących narodzenie się Jezusa. Pod koniec, król każe wypędzić rabina mówiąc, że już wolałby oglądać diabła, niż jego.

Żyd mówi, że to jego życzenie bardzo szybko się spełni i że diabeł wnet się pojawi. Wtedy rzeczywiście wchodzi diabeł i chce zabrać duszę króla Heroda do piekła.

Król wypędza także i diabła mówiąc, że wolałby już widzieć śmierć. Anioł przestrzega króla przed śmiercią i ostrzega, że na jego duszę dybie diabeł, od którego on nie zdoła go uratować. Król drwi z anioła i ze śmierci mówiąc, że ma tyle złota i pieniędzy, że bez problemu przekupi śmierć i wygna ją precz.

Śmierć jednak wchodzi i ścina Herodowi głowę (oczywiście na niby). Na końcu, jak już diabeł zabrał Heroda, to wszyscy schodzili się i łapali do wora pierogi, placki, które były naszykowane w domu na tę uroczystość.

Gdy w odwiedzanym przez kolędników domu była panna, to król Herod na zakończenie śpiewał do niej piosenkę:
"Hej tam za lasem, za borem, gdzie bystra woda szalała, a tam nadobna Maniusia kwiatuszki drobne zbierała. Jak nazbierała fartuszek, poszła do domu swojego, a myśmy przyszli i pod jej dom, prosić o wejście do niego. Życzymy tobie Maniusiu, szczęścia i zdrowia dobrego, żebyś dostała małżonka dosyć dobrego. Może on w stronie dalekiej, to on do ciebie powróci. A jeśli on między nami, to my go tobie oddamy.”

roślina Jeśli złożyło się, że były w danym domu dwie panienki, to król Herod wówczas śpiewał też i drugą piosenkę:
„ W moim ogródeczku rośnie jabłoneczka, podaj że mi rączkę moja kochaneczko. Rączkę mu podaje, serce się kraje. Nie odjeżdżaj mój Jasieńku w te dalekie kraje. Odjedziesz, odjedziesz, Boże cię błogosław, tylko na trzewiczki, dwa talary zostaw. Zostawia, zostawia, dwa talary bite. Kupże sobie te trzewiczki, choćby złotem szyte. Choćby złotem szyte, samymi perłami i tylko proszę nie zachodzić z innymi chłopcami. Wiemy, my wiemy, co tej pani damy, damy pierścień złoty, Janka do ochoty.”

Po odśpiewaniu tych pieśni Herody kończyły przedstawienie.

Innym rodzajem kolędowania praktykowanym w tym czasie (okres Bożonarodzeniowy), było kolędowanie z kozą. Niestety udało nam się zebrać niewiele materiału, dotyczącego tego rodzaju kolędowania.

Opowiadali ludzie, że z kozą chodził Żyd, albo cygan, albo jakiś „chłop” i kozę prowadzał. Tą kozą był drugi chłop za kozę przebrany. Czasami chodził z nimi także i bocian. Nikt już dokładnie nie pamięta, jakie przyśpiewki i przymówki były używane podczas tego rodzaju kolędowania. Mówią tylko ludzie, że koza biegała po całym mieszkaniu, psociła i skakała, tańcowała w kółko, kładła się na podłogę, a także wskakiwała za zasłonę, gdzie stały różne przysmaki, i kradła.

Dlatego też bywało, że ludzie niechętnie przyjmowali kolędników z kozą.

Jeszcze inna grupa kolędników chodziła z gwiazdą. Gwiazda na kiju kręciła się dookoła, a kolędnicy śpiewali i składali życzenia. Chodzono także z szopką, w której były różne figurki, i robiono przedstawienie kolędnicze.

W czasie Wielkanocnym, w Wielką Niedzielę chodzono (zwyczaj ten jest jeszcze aktualny) „po dyngusie”. Grupy młodzieży, a także starszych mieszkańców chodzą od domu do domu i śpiewają po chałupą:
„My chodzimy po dyngusie i śpiewamy o Jezusie. O Jezusie i o Synie, kto w Boga wierzy, ten nie zginie".

Śpiewając to, dzwonią dzwonkami, uderzają w lemiesze i grają na harmonii. Gospodarze zwykle obdarowują dynguśników jadłem i wódką, kiedyś zaś dawano głównie jajka.

Gdy gospodarze nie otwierają drzwi, śpiewa się:
„Od jeżyny do jeżyny, wyłaź spod pierzyny...(tu imię gospodarza)!”

Gdy i to wywoływanie nie skutkuje, dynguśniki odchodzą, ale jeszcze zakrzykną:
„A w tyj chałupce, same gołodupce, samy nic nie maju i w garki sraju”.

Od Białej Niedzieli do Zielonych Świątek chodzono także z Gaikiem, czyli ustrojoną gałązką z obrazkiem Jezusa. Śpiewano wtedy tak:
„My z gaikiem wstępujamy, scęścia, zdrowia wum życamy. Gaiku zieluny, pięknieś ustrojuny, pięknie sobie chodzisz, bo tak ci się godzi. Bo tan gaik, z lasu idzie, dziwuju się jamu ludzie. Gaiku zieluny... My z gaikiem, w każdam razie, abo w tem gaiku, pon Jezus w obrazie. Gaiku zieluny... My z gaikam do gospodorza, bo u gospodorza, su wszelakie zboża. Gaiku zieluny... My z gaikam do godpodyni, bo u gospodyni su biołe pierzyny. Gaiku zieluny... My z gaikam do tyj panianki, bo u panianki su bioły firanki Gaiku zieluny... Dojcie num, dojcie, tyn kawołek syra, żeby wam krówecka, z pola przychodzieła. Gaiku zieluny... Dojcie ze num dojcie, te osełke masła, żeby wum się krówka bardzo dobrze pasła. Gaiku zieluny... Dojcie ze num dojcie jajek z pół kopy, żeby się rodziły w polu wielkie snopy. Gaiku zieluny... Dojcie ze num dojcie te cału kiełbasa, to jo sobie gaicek dookoła opasa. Gaiku zieluny... Dojcie num dojcie chleba z olejem, żeby was synecek nie był złodziejem. Gaiku zieluny... Dojcie ze num dojcie placka ze skwarkamy, żeby was synecek lotoł za pannamy. Gaiku zieluny... My za wszystko dziękujamy i z gaikam już idziamy. Gaiku zieluny...”

Znanym obrzędem Wielkanocnym w tych stronach, było zakopywanie pisanki i wtykanie palmy na polu. Zakopana pisanka miała cudowną moc i sprawiała, że na polu bujnie rozwijało się życie.

gęś Kolejnym, bardzo ważnym wydarzeniem w roku obrzędowym była oktawa Bożego Ciała i tak zwany Wiankowy Czwartek. Jest to okres bujnego rozkwitu przeróżnych leczniczych, wonnych ziół, które zbierano wtedy, aby wić z nich wianuszki.

Wianuszki uwite z tych ziół służyły później jako lekarstwa na wiele chorób, a także do ochrony domostwa przed uderzeniem pioruna, czy w ogóle wszelkich złych mocy.

Należało je zawiesić nad drzwiami sieni, lub na okiennicy. Liczba wianuszków musiała być nieparzysta, a im było ich więcej, tym lepiej. Bardzo ważną rzeczą jest to, aby wianki były uwite na łyku lipowym i muszą być pachnące.

Najważniejszym ziołem w wianku jest rozchodnik. Wiły gospodynie nawet po trzy wianki z samego tylko rozchodnika, gdyż miał on cudowną, magiczną moc, i był lekarstwem na mnóstwo dolegliwości.

W żadnym wypadku nie wolno było jednak rwać tego rozchodnika przy drodze, gdzie danego roku przeszła procesja z nieboszczykiem. Było to zabronione. Rozchodnik ma bardzo ważne, ogólne zastosowanie lecznicze: okadza się nim chorego, aby się choroba „rozysła”, „bo rozchodnik mo łogrumno moc”.

Dodawano rozchodnika z uschniętego wianka do ciepłej wody i dawano pić świeżo wycielonej krowie, żeby się oczyściła i nie chorowała.

Następnym, bardzo ważnym ziołem w wianku była tak zwana „cencelija”, czyli glistnik jaskółcze ziele. Było to zioło leczące wszelkie zapocenia. Kruszyło się go do wody i smarowało się tym krowie wymię, a także stosowano na kurzajki.

Była też „głucha pokrzywa”, czyli jasnota biała, kwiatki tej pokrzywy trzeba było zbierać w słoneczny dzień. Suszone kwiatki dawano na płuca, jak ktoś pluł krwią. W wianku głucha pokrzywa była ziołem na kobiece dolegliwości, podobnie jak kolejne wiankowe ziele, biała koniczyna.

Gęsie ziele służyło do walki z astmą, dlatego też wianuszek musiał być uwity razem z kwieciem, które miało lecznicze właściwości. Napar z gęsiego ziela trzeba było pić dłuższy czas i dlatego musiał on być przygotowany na mleku, bo inaczej można by sobie popsuć nerki.

Był też wianuszek z rumianku nazywanego kamelki, który stosowano przy wszelkich zapaleniach, a także na kolkę i bóle brzucha, dla dzieci na wiatry i do przemywania, a na bolesną miesiączkę zalecano pić ćwierć szklanki naparu, trzy razy dziennie.

Opowiadano też, że rumianek to jest roślina zegar – o czwartej po południu płatki są rozstawione poziomo, a później coraz bardziej odchylają się ku dołowi. Równo o siódmej wieczorem powinny być odgięte do samej łodyżki.

Wianuszek z mięty służył do wzmocnienia apetytu, a także do odkażania bańki na mleko. Sypano także miętę w upały do mleka, aby się nie kwasiło. Wito wianuszek z połunicka (inna nazwa to żabie grunka), jako pomocny w walce z kamieniami na nerkach i woreczku żółciowym. Nazywano także to ziele grzmotkiem, bo „grzmocił” kamienie nerkowe na drobny piasek, a także chronił od grzmotu, czyli pioruna. Można było na kamienie ten połunicnik na sucho spożywać, tyle tylko, że wcześniej trzeba było pić wodę z sodą.

Dziurawiec, czyli lek na dziewięćdziesiąt chorób musiał być też obecny w wianku. Dobry był na wątrobę, ale nie wolno go było pić podczas upału, ani na gorączkę, bo się jeszcze bardziej podnosiła.

Wito także inne wianki z macierzanki, ptasiego wina, lipy, młodych kłosów żyta, dzikiej róży.

twarz wiejskiej baby - rzeźbaCiekawie także prezentowały się w naszych stronach obrzędy weselne. Zaczynało się oczywiście do swatów, które były układem pomiędzy rodzinami młodych, dotyczącym zawarcia małżeństwa i połączenia majątków.

Swaty takie odbywały się zazwyczaj w czwartek. Przychodzili swaci do domu przyszłej panny młodej, a z nimi przychodził przyszły pan młody. Gdy usiedli i zaczynali gadać z gospodarzami, to nie od razu mówiono konkretnie, że chodzi o to, by ich córkę wydać za kawalera. Najpierw była rozmowa o koniach, krowach, gruntach i dopiero po jakimś czasie, powolutku przechodzono do rzeczy.

Jak już wszystko ustalono co do ślubu, to przechodzono do spraw majątkowych, gdyż za córkę trzeba było coś dać. Nie wolno było w żadnym razie ofiarować kur, bo by one młodym szczęście rozdrapały.

Gdy już młodzi się żenili, to przed weselem druhny wiły wianek dla panny młodej, oraz szykowały rózgę dla pana młodego. Wszystkie czynności poprzedzające wesele były bardzo obficie okraszone stosownymi przyśpiewkami. Rózga dla pana młodego była bardzo ładnie przystrojona i ukwiecona, a przez calutkie wesele starszy drużba musiał jej pilnować.

I nawet jak tańczył, czy jechał na koniu, to trzymał tę rózgę w dłoni. A pilnować jej musiał dlatego, że druhny cały czas tylko czyhały, aby coś z tej rózeczki ukraść. Jak ukradły choćby kwiatuszek, to już trochę szczęścia dla siebie zabrały, kto więcej z rózgi uszczknął, ten więcej szczęścia zdobył. Niestety kradł to szczęście młodej parze. J

ak młody przyjechał, to musiał najpierw bramę wykupić. Odbywało się śpiewane przywitanie i błogosławieństwo. Gdy już młodzi od ślubu przyjechali, to rozpoczynało się właściwe wesele, pełne rozmaitych, często bardzo sprośnych i humorystycznych przyśpiewek.

Podczas oczepin, gdy pannie młodej zdejmowano wieniec, a zakładano czepiec, także odbywało się śpiewanie. Następowało także wykupienie wiana (obowiązkowo musiała być w wianie dzieża, poduchy i pierzyna, a czasami to i krowę do chałupy wprowadzano). Po oczepinach, podczas weselnego oberka, starszy drużba tłukł talerze, a wszyscy bawili się dalej.

A to próba najsłynniejszych weselnych i oczepinowych przyśpiewek:
„O chmielu, o nieboże, wlazł na piec, zleść nie może, chmielu nieboże... Gybyś ty chmielu, po tyczkach nie lazł, nie robiłbyś ty z panienek niewiast. O chmielu, o nieboże, to na dół, to ku górze, chmielu nieboże... O chmielu o nieboże, niech ci Pan Bóg dopomoże, chmielu nieboże... O chmielu, chmielu, ty rozbójniku, ganiasz panienki po pastewniku... O chmielu o nieboże, wlazł na piec... O chmielu, chmielu, ty bujne ziele, nie będzie z ciebie żadne wesele... O chmielu o nieboże to na dół, to ku górze, chmielu nieboże...”

„Zawołajcie mamy mojej, niechaj ona przy mnie stoi Niechaj że się serce kraje, że mnie młodą za mąż daje... Że jej będę dziękowała, że mnie dobrze wychowała...”

„Słoneczko zaszło, za chmury idzie, moja Marysia do ślubu idzie. Do ślubu idzie, ręce podnosi, Pana Jezusa o szczęście prosi. Ach słodki Jezu, dajże mi szczęście, bo ja już idę pod chłopskie pięścia. Pod chłopskie pięście, pod chłopce lice, zostańcie z Bogiem moi rodzice.”

Wiadomo, że jak młodzi już się pożenili, to najczęściej były z tego dzieci. A jeśli dzieci, to trzeba przypomnieć, że także było bardzo wiele obrzędów i czynności, które należało wykonać, oraz nakazów i zakazów, do których trzeba się było zastosować, w czasie, gdy kobieta zaszła w ciążę.

Obrzędy te musiały być bardzo skrupulatnie przestrzegane. Np. kobieta w ciąży w żadnym razie nie powinna wchodzić na grządki, gdzie rosły dynie lub ogórki, bo wtedy widząc ich wąsy, mogłaby urodzić dziecko owinięte w pępowinę.

Nie powinna również podglądać przez dziurkę od klucza, bo dziecko będzie zezowate. Nie mogła nic chować za pazuchę, bo dziecko będzie w przyszłości kradło. Jeśli kobieta w ciąży nosiła dzbanki dwojaki, czy dwa wiaderka naraz, to musiała być przygotowana, na to, że urodzą się jej bliźniaki.

Nie wolno jej było patrzeć się na nieboszczyka, gdyż dziecko mogło urodzić się sine, ani też przebywać blisko człowieka szalonego, lub kaleki, bo dziecko mogłoby się do niego przydać.

Nie należało odganiać od nóg kota, który się łasił, bo wtedy dziecko mogłoby mieć ciągoty. Drzewa na progu także nie było wolno rąbać, bo dziecko miałoby przeciętą wargę.

W dzień porodu, nie należało niczego z domu pożyczać. Jeśli by, nie daj Boże postąpiono inaczej, to przez całe życie by dziecku było czegoś brak i by biedowało.

Także tuż po porodzie kobieta musiała stosować się do wielu ważnych zaleceń. Dopóki dziecko nie zostało ochrzczone, nie mogła matka wody ze studni ciągnąć, bo zalęgły by się w wodzie robaki. Nie mogła też wychodzić do sąsiadów, ani nawet do kościoła, a także zdejmować chustki z głowy.

Prane pieluchy na płocie rozwieszone trzeba było przed zachodem słońca zdjąć, bo inaczej dziecko by płakało w nocy, a kolebki w nocy nie należało stawiać blisko okna. Gdyby nie daj Boże księżyc dojrzał dziecko, to dostało by ono „miesiącnika” (intensywna biegunka).

Jak małemu pępek odleciał, to chowano go i zawijano w kawałek papieru, a gdy dziecko podrosło, to dawano mu do zabawy. Jak dziecko szybko rozwinęło z papieru swą pępowinę, to był znak, że będzie mądre i zdolne. Jeśli rozwinęło powoli, to nie wróżyło dobrze.

Były też w naszych stronach żywe inne tradycje. Np. związane z obchodami świętojańskiej nocy, czyli Kupały. Są jeszcze osoby, które coś ponoć na ten temat słyszały, niestety nie udało nam się jeszcze do nich dotrzeć.

Ostatnim zwyczajem jaki tu opiszę, jest bardzo powszechny, jeszcze do niedawna zwyczaj dożynkowej kozy. Gdy kończyły się żniwa, żeńcy pozostawiali na polu trochę nie wykoszonych kłosów w jednej kępie, związywali ją i stroili w przeróżne kwiaty. Takie związane i ustrojone zboże, zwało się koza.

Ze śmiechem brano gospodarza za nogi i ciągano go wkoło tej kozy kilka razy, a on pazurami orał ziemię wokół niej. Siano potem w tak zaoraną ziemię ziarno, co miało za zadanie sprowadzić urodzaj na to pole w przyszłym roku. I tak to u nas było.

Opowieści zebrane w terenie, w okolicach Michowa, powiat lubartowski, przekaz ustny. Wydane w książce "Dziwy spod strzechy i wierzbowej dziupli".